15. Millennium Docs Against Gravity: Internety i komórki

  • Relacja
W programie tegorocznej edycji festiwalu możemy zobaczyć m.in. dokument "Czyściciele internetu" (reż. Hans Block i Moritz Riesewieck), opowieść o kulisach cenzury w sieci, oraz "Photon" (reż. Norman Leto) - unikalne połączenie wykładu naukowego i sztuki rodem z galerii. Filmy recenzuje Marcin Stachowicz.

405420-1.png

Fabryka szczęścia ("Czyściciele internetu", reż. Hans Block i Moritz Riesewieck)

"Pamiętaj, żeby napić się wody. Homo sapiens piją wodę" – szydził mem z robotycznie beznamiętną twarzą Marka Zuckerberga, owoc kwietniowego przesłuchania przed amerykańskim Kongresem. Po aferze Cambridge Analytica chyba już nikt nie ma wątpliwości, że cyber-korporacje nie są do końca tym, za co bardzo chciałyby uchodzić – bractwami szlachetnych inżynierów, dostarczycieli nowoczesnych technologii, tylko w ekstremalnych przypadkach ingerujących w treści "szerowane" przez użytkowników. "Czyściciele internetu" Hansa Blocka i Moritza Riesewiecka traktują o ciemnej stronie utopii – o Facebooku, Twitterze i Google'u jako globalnych tytułach prasowych, zatrudniających dziesiątki tysięcy redaktorów, dzień w dzień "gumkujących" cyberprzestrzeń z tego, co zakazane, obrazoburcze, złe. Redaktorów, dodajmy, całkowicie anonimowych, rozsianych po całym globie, głównie – co jest żelaznym prawem outsourcingu – po krajach rozwijających się, konkurujących niskimi kosztami pracy i elastycznością przepisów.

I właśnie ze względy na jawnie polityczny temat miałem pewne obawy, czy film nie pójdzie w w stronę tendencyjnej rozprawki ideologicznej – czegoś w stylu "Bardzo biedny człowiek w ekstremalnych środowiskach pracowniczych". Szczególnie, że Block i Riesewieck rozmawiają z moderatorami FB z zaledwie jednego kraju – Filipin – posługując się przy tym dość ryzykownym zabiegiem stylistycznym: bohaterów nagrywają w nocy, pośrodku pustych biurowych open space'ów, w atmosferze szpiegowsko-konspiracyjnej. Ci z Filipińczyków, którzy już dla Facebooka nie pracują i zdecydowali się ujawnić twarze, opowiadają o bezsennych nocach po przejrzeniu tysięcy zdjęć i filmów z dziecięcą pornografią i torturami; niektórzy wpuszczają reżyserów do swoich domów – najczęściej w biednych, przeludnionych slumsach Manili – potwierdzając tylko tezę, że Dolina Krzemowa żeruje na taniej sile roboczej.

Arcyciekawe są natomiast sposoby, w jakie bohaterowie usiłują nadawać sens monotonnej i stresującej harówce – jedna z kobiet, gorliwa katoliczka, tłumaczy na przykład, że kasując zdjęcia nagich piersi i penisów broni internetu przed siłami Szatana; z kolei chłopak z emo grzywką naśladuje obecnego prezydenta Filipin – tak jak Rodrigo Duterte wysyła do piachu dilerów narkotykowych, tak on – klikając "skasuj" lub "zignoruj" – wyznacza granice praworządnego internetu. Ale z tych rozproszonych wypowiedzi i obrazów trudno wyabstrahować jakieś bardziej ogólne wnioski – case studies jest po prostu zbyt mało. Skądinąd nie jest już chyba wielką tajemnicą, że Facebook podzleca moderowanie treści także firmom działającym w Polsce – znajomi, którzy otarli się o tę pracę, mówili mi o stosunkowo godziwych zarobkach i opiece psychologa. Wszystko zależy więc od kontekstu, chociaż sama praktyka outsourcingu rzeczywiście generuje duże pole do nadużyć.

Na szczęście "Czyściciele..." zagadnienie obiegu treści w mediach społecznościowych traktują wieloaspektowo, skupiając się nie tyle na samych warunkach pracy u podwykonawców Facebooka, co na paradoksach i wyzwaniach stojących przed moderatorami. Trzeba bowiem wiedzieć, że regulaminy wielkich platform internetowych są z jednej strony niezwykle płynne i dają pole do bardzo szerokiej interpretacji, z drugiej zaś – muszą się liczyć z lokalnym prawodawstwem, które za nielegalną może przecież uznać działalność opozycji politycznej albo nawoływanie do demokratycznych reform. Dodatkowo: czy moderator z Filipin na pewno jest na tyle zaznajomiony z różnymi kontekstami społeczno-politycznymi, żeby odróżnić wizualną dokumentację przemocy policji od propagandy ISIS? Albo ofiarę czystek prezydenta Duterte od zwłok meksykańskiego dilera narkotykowego? Block i Riesewieck stawiają te fascynujące pytania zupełnie otwarcie, pokazując, na jak arbitralnych zasadach opiera się proceder "cenzurowania" mediów społecznościowych. Kiedy na przykład obrazy zniszczeń w Syrii mogą zostać zaklasyfikowane jako "zbyt drastyczne" i szybko "wygumkowane", po Facebooku bez przeszkód "wiralują" posty zachęcające do mordowania Rohingjów w Mjanmie (dawnej Birmie). Paradoks goni paradoks.

Całą recenzję przeczytacie TUTAJ.


Mikrohistoria ("Photon", reż. Norman Leto)

"Coś przewieszone przez coś, listewki, usuwanie twarzy, nagość i te pieprzone neony" – taką laurkę, ustami Andrzeja Chyry, wystawia sztuce współczesnej biolog molekularny, narrator "Photonu". I rzeczywiście, twórczość Normana Leto kojarzyła mi się do tej pory z galeryjną błahostką, ale nie ze względu na jej minimalizm czy słabą przejrzystość konceptualną. Odwrotnie, w "Sailorze" widziałem zbyt dosłowną próbę przepisania zjawisk społeczno-kulturowych na język nauk ścisłych. Daleko idący determinizm biologiczny i scjentyzm, który artyście – nienaukowcowi – pozwalał przedstawiać uczucia i relacje w formie wykresów, struktur czy maszyn, wydawał mi się bardzo powierzchownym – i pełnym pretensji – odczytaniem doktryn twardej nauki. Leto się jednak opamiętał i w "Photonie" odwrócił akcenty – za pomocą narzędzi sztuk wizualnych i przykładów zaczerpniętych z codzienności opowiada pasjonującą historię molekuł i ubiera w obrazy skomplikowane prawa biologii i fizyki kwantowej. Teoria nie służy już uzasadnianiu życia, ale życie ilustruje teorię. I jest to strzał w dziesiątkę, bo Leto wyciska wszystkie edukacyjne soki ze sztuki współczesnej – tworzy awangardowy wizualny esej, który jednocześnie uprzystępnia złożoną wiedzę. Dobry do galerii, świetny jako serial popularnonaukowy, taki w kontrze do nabożnego "Kosmosu" z Neilem DeGrasse'em Tysonem.

INTERVIEW.jpg

Nie jest do końca tak, że "Photon" łyka się na zasadzie infografiki z "Focusa". Żeby przez film przebrnąć, trzeba dobrze wytężyć uwagę, bo wykład o molekułach, czerwonych karłach, DNA i wyobraźni – nawet bogato okraszony porównaniami "z życia" – to nie elementarzyk. Zadanie ułatwia nam klarowna, liniowa struktura, którą jednocześnie łatwo uznać za wadę. Opowieść o dziejach cząsteczek Leto podzielił na trzy części – powstanie materii, pojawienie się życia i przyszłość organizmów żywych – i jest to wizja świata bliska ewolucjonizmowi, a więc upchnięta na sztywnej osi czasu. Proste struktury, zgodnie z zasadą postępu, dążą do coraz bardziej skomplikowanych form organizacji, aż w końcu – w finale – tradycyjnie rozumiana materia staje się przeżytkiem minionych epok. Jednak konia z rzędem temu, kto opowie o krążeniu życia i nieżycia w mniej przewidywalny sposób i zachowa przy tym podobną jasność wywodu. Dodatkową klamrę zapewnia "Photonowi" także kontekst wywiadu telewizyjnego. Wspomniany narrator-naukowiec zmaga się z ignorancją przepytującej go dziennikarki, ale także z własną emocjonalną ciasnotą: nie potrafi wyjść poza laboratoryjny dryl i myślenie procesami, kluczy i teoretyzuje w odpowiedzi na co bardziej osobiste pytania. Jego oderwanie od rzeczywistości to reakcja Leto na kontakt ze światem nauki – podobno konsultujący scenariusz "Photonu" fizycy z PAN nie potrafili zrozumieć, dlaczego jakiś gość z galerii chce wizualizować zjawiska, które nie podlegają prawom optyki i po prostu w żaden sposób nie wyglądają. 

Bo i rzeczywiście u Leto najważniejsze jest to, żeby niewidzialnemu dać widzialną formę, zachować zgodność z prawami nauki, ale jednocześnie pozwolić działać wyobraźni. Obrazy to prawdziwe clou "Photonu" – gdyby wyłączyć głos z offu, film broniłby się jako instalacja wideo. Leto wykorzystuje oczywiście swoje ulubione artystyczne zagrywki. Zjawiska molekularne przedstawia za pomocą animowanych struktur plastycznych – na przemian kurczących się i rozszerzających, zmieniających stany skupienia i faktury, bardzo organicznych, zmysłowych. Czasami ich perypetie przypominają body horror – jak w przypadku nici materii skręcających się w spirale DNA, innym razem balet kropek i plam. Całkowicie abstrakcyjne passusy przeplatają się z realistyczną fotografią. Tematy czysto "ludzkie" – powstanie wyobraźni, funkcje snu, choroba Parkinsona – niosą ze sobą subiektywne narracje, odwołania do rodzinnych i zawodowych doświadczeń reżysera. Ale Leto nawet tak abstrakcyjne zagadnienie, jak twardość, ilustruje przykładem reklamówki wrzynającej się w palce. Cały czas pozostaje więc blisko codzienności, a daleko od liczb i wzorów. 
 
Całą recenzję przeczytacie TUTAJ.

Powiązane:

Zobacz też:

15. Millennium Docs Against Gravity: Geneza sceny

15. Millennium Docs Against Gravity: Geneza sceny

15. Millennium Docs Against Gravity: Natura i pop-kultura

15. Millennium Docs Against Gravity: Natura i pop-kultura