Nigdy cię tu nie było (2017)

You Were Never Really Here

1 godz. 25 min.
  • Uwaga, w tej krótkiej recenzji filmu Lynne Ramsay nie będzie porównania z „Taksówkarze m” Martina Scorsesego.

    Niemal rok po premierze na festiwalu w Cannes, do ogólnopolskiej dystrybucji trafia jeden z głośniejszych tytułów ubiegłorocznego konkursu głównego. Nad Lazurowym Wybrzeżem „Nigdy cię tu nie było” otrzymało siedmiominutową owację publiczności i dwie nagrody: za najlepszą rolę męską i za scenariusz. A pomyśleć, że niewiele brakowało by reżyserka nie zdążyła z montażem na pierwszy pokaz. O co jednak tyle hałasu?

    Joaquin Phoenix wciela się w Joego, doświadczonego przez życie samotnika o skłonnościach autodestrukcyjnych, nadal mieszkającego z matką. Zarabia na utrzymanie wykonując niebezpieczne zlecenia, wymagające nierzadko rozlewu krwi. Gdy jednak pozornie typowe zadanie odnalezienia i sprowadzenia Niny (Ekaterina Samsonov), córki senatora Votto, zaczyna się, eufemistycznie rzecz ujmując, komplikować, powrót do dawnej rutyny będzie już niemożliwy.

    Jednak nie sama historia jest tutaj najważniejsza. Ramsay niejednokrotnie bawi się schematami i kliszami przywołując motywy znane z kultowych już produkcji. Przeszłość głównego bohatera poznajemy ze skrawków informacji dawkowanych nam przez reżyserkę. Domyślamy się, że Joe jest weteranem wojennym, który przeżył traumę. Wnioskujemy, że miał trudne dzieciństwo i konflikty w rodzinie. Wszystko to są jednak puzzle z licznymi brakującymi elementami, obrazy nasycone emocjami, które często trudno odróżnić od wizji. Toteż przeżycia wewnętrzne Joego wysuwają się na pierwszy plan, filtrując świat przedstawiony przez pryzmat protagonisty, gdzie zsubiektywizowane zdjęcia Thomasa Townenda znajdują się w idealnej synergii z elektroniczną i psychodeliczną muzyką Jonny’ego Greenwooda z Radiohead.

    Świadomi dobrze znanych elementów możemy zagłębić się w świat Joego i pomóc mu, niczym Leonowi z pewnej lubianej produkcji Luca Bessona, uratować Ninę. Wiemy, że ta zemsta może być krwawa, w końcu w ruch idzie młotek znany z koreańskiego „Oldboya”. Sam bohater bezpośrednio przyrównuje swoją relację z matką do tej znanej z „Psychozy” Hitchcocka, a Ramsay niczym w słynnej scenie prysznicowej często pokazuje przemoc tak by, przy pomocy montażu, niezauważalnie pozostawić jej efekt poza kadrem. W nagrodzonej w Cannes roli Phoenix jest niezwykle wiarygodny, niemal zespalając się z graną postacią. Jego ogorzała twarz i szpakowata broda wiodą prym niemal w każdym kadrze. Dla zwiększenia autentyczności część dialogów zmieniana była nawet na planie zdjęciowym przez aktora.

    Drobny zakalec w tym słodkim cieście stanowić mogą zbyt dosłowne wizualizacje wyobrażeń bohatera, jak choćby w scenie w jeziorze. Ale jak wiadomo i każdy gnieciuch znajdzie swojego smakosza, więc bilans zysków i strat ostatecznie wskazuje na korzyść reżyserki.

    http://pelnasala.pl/nigdy...

    6
    2odpowiedzi
    ost.
    • Z jednym się nie zgadzam … ;) SPOILER !!!

      Joe nie mieszka nadal z matką, bo jest jakimś włoskim mięczakiem, albo schizofrenikiem typu Batesa, Joe ma PTSD, ale pomimo to opiekuje się staruszką, co zmienia postać rzeczy i pozytywnie określa ich relację. Widać, że kobieta porusza się z trudnością, jest osłabiona, ale nie opuszcza jej poczucie humoru. Joe jest w stosunku do niej czuły, na swój szorstki sposób, a nawet dowcipny, jedyny raz w filmie pokazuje coś na kształt uśmiechu. Jego gest pod drzwiami łazienki jest humorystyczny, to reakcja na ich wcześniejszą rozmowę i jej zrzędliwość, a nie wynik jakiejś starej traumy rodem z Psychozy. Uważam, że to matka trzyma go wciąż przy życiu, kocha ją, widać to także po jej śmierci. Sądzę, że dzięki tej relacji, mieliśmy dostrzec, że Joe nie zatracił się całkowicie w bólu i krwi, że wciąż potrafi czuć więcej.

    • Pomogłeś mi, ide w czwartek.