Zimna wojna (2018)

1 godz. 24 min.
  • Zawód tym boleśniejszy, że zwiastun tak wiele obiecywał, a poza tym rzecz dzieje się w latach 50., które w kinie ukochałam nade wszystko.

    Cóż, jeśli widziało się zwiastun, to właściwie filmu oglądać nie trzeba i to nawet nie dlatego, że zwiastun za dużo zdradza. Nie. Sęk w tym, że film to taki zwiastun bis, tylko nadmiernie rozciągnięty i usiłujący wmawiać widzom, że jest kompletną, sensowną historią. I to jest jeden z głównych moich zarzutów - ten film sprawia wrażenie, jakby jakiś pierwotny materiał został brutalnie pocięty i naprędce posklejany, jakby to, co najistotniejsze i stanowiące o motywacjach bohaterów zostało wyrzucone do kosza, tak absurdalne i niewytłumaczalne są czasem zachowania naszej dwójki kochanków, a zwłaszcza Zuli.

    No właśnie, Joanna Kulig i jej rola, którą tak zachwyciła się Julianne Moore. Zupełnie tego zachwytu nie podzielam, chociaż nie sądzę też, że wina leży po stronie aktorki. Kulig zrobiła wszystko, co w jej mocy, by nadać swojej bohaterce jakiś mocny rys i psychologiczną wiarygodność. Co z tego, skoro jest to po prostu źle napisana postać. Z Zuli miała być chyba kapryśna femme fatale, a wyszła jakaś karykatura rozwydrzonej panienki, która sama nie wie, czego chce, ale nawet w takim ujęciu jest nieprzekonująca. Jest powierzchowna, papierowa, niespójna. Jedyne znakomite sceny z nią to te, gdy śpiewa.

    I w ogóle najmocniejszą stroną filmu jest wszystko to, co w tle. to, co stanowi o fabularnej osnowie - piękne zdjęcia, klimatycznie oddane realia peerelowskiej Polski lat 50., obrazki z zadymionych paryskich knajpek oraz te momenty, gdy główną rolę gra muzyka (i to bez względu na to, czy słuchamy ludowych przyśpiewek, jazzowych kawałków, czy Joanny czarującej publiczność swoim seksownym piaseczkiem w głosie). Natomiast oś napędowa tej historii, czyli romans Wiktora i Zuli - przykro to pisać - jest tak bezbarwna i wyprana z emocji, że aż żenująca w tych scenach, gdy z ekranu powinna buchać namiętność. Między Kulig a Kotem nie ma za grosz chemii. Tak totalnie pozbawiony erotycznego napięcia romans to ostatnio widziałam, gdy oglądałam "50 twarzy Greya". :/ Panie reżyserze, halo! Miłość i żar to ma być widać i czuć; naprawdę nie wystarczy, jak ona lub on zadeklarują drewnianym tonem, że "kocham cię i zawsze będę z tobą".

    Aktorsko to najlepiej wypadł Szyc w roli peerelowskiego aparatczyka, czującego się w nowych realiach jak ryba w wodzie. Ale nie jest to chyba zbyt dobrze dla filmu, jeśli najbardziej pamięta się rolę drugoplanową...

    Źródło: https://www.facebook.com/...

    85
    74odpowiedzi
    ost.
    • Lata 47 - 65 wtedy rozgrywa się akcja filmu

      • Wiem, ale większość zdarzeń ma miejsce na przestrzeni lat 50. i to one głównie nadają rys klimatowi filmu.

        • "Natomiast oś napędowa tej historii, czyli romans Wiktora i Zuli - przykro to pisać - jest tak bezbarwna i wyprana z emocji, że aż żenująca w tych scenach, gdy z ekranu powinna buchać namiętność. Między Kulig a Kotem nie ma za grosz chemii." Dokładnie.
          Dlatego kompletnie nie rozumiem aż takiego zachwytu Cannes, krytyków i naszej szerszej publiczności, która umówmy się, do kina chadza częściej po to, żeby zjeść popcorn i napić się Coli, niż doświadczyć sztuki.
          Dla kogoś na fw to jest nawet najlepszy polski film wszech czasów - co jest czystym bluźnierstwem i świadczy o mocno fragmentarycznej znajomości kina.
          Ale wracając do tematu - czy ktoś może mi wytłumaczyć fenomen tego filmu? Czy ludzie naprawdę tak zachłysnęli się pięknymi obrazkami, że nie zauważyli, że nic za nimi nie stoi? I żeby było jasne - operatorsko film jest wielki. Ale rozdźwięk między formą a treścią jest rozczarowujący jak mało co.

          • To wygląda tak, kultura obecnie żeruje (inni powiedzą oddaje hołd) na dokonaniach z przeszłości. W zabawę w nostalgie bawi się Hollywood ale jak widać i Pawlikowski się zabawil. Film w sposób jasny odwołuje się do wspomnień kinomanow "starej daty" , Pawlikowski zrobił koktajl starych filmowych obrazków, tu nic nie jest nowe, tylko takie się wydaje tym, co z filmami starszymi niż te z 1970 roku raczej nie mają styczności. Dla nich to będzie jedno gigantyczne: "wow!" a Ci co wielbia produkcje z lat 1945 - 1965 nie zobaczą tu nic ponad ładne obrazki owinięte śliczna barwną muzyką.

          • Ok, to tłumaczy zachwyt "publiczności", a co z krytykami? Przyklaskują ze względu na sentyment do starej, dobrej szkoły? Czy dlatego, że jak to określił Majmurek "„Zimna wojna” sprawia wrażenie nigdy nie zrealizowanego filmu polskiej nowej fali."? Wypełnia jakąś lukę w naszej kinematografii?

          • Pytanie ile filmów Pan Majmurek widział a druga sprawa w jednym zdaniu daje się dostrzec kompleks wobec Zachodu. Jak zawsze trzeba spoglądać na inne. W tym wypadku francuską kinematografie z która film ma pewne elementy wspólne. Dla mnie w polskim kinie z czasów "szkoły polskiej" są dwa udane filmy o miłości z historią wówczas współczesną w tle : "Ostatni dzień lata" oraz "Nikt nie woła" a film Pawlikowskiego nie dorownuje scenariuszem ani jednemu ani drugiemu. I może jedynie wypełniać lukę w temacie wyborów polskiego emigranta. I oczywiście hołd dla polskiej kultury ludowej, chociaż tę , w sposób zabawny, pokazał już Stanisław Bareja w "Żonie dla Australijczyka" i tego ciepła mi zabrakło w historii Pawlikowskiego, film uderzył w patetyczne tony, zakończenie to typowo polski romantyzm gdzie tragizm bierze górę. Widz w polskim filmie musi zobaczyć upadek bohaterów, nie może nastąpić szczęśliwy finał chociaż raz. To jest przekleństwem polskiego kina, jego garbem, który nosi się z fasonem i zbiera nagrody. Polski dramat musi "skopac emocjonalnie" nie może nastąpić wolta stylistyczna, przełamanie. Bohaterowie są na pozycji startowej jak Ikar. Niestety tylko blahe komedie romantyczne wylajmują się z tego zakletego kręgu beznadziei ale w większości nie tworzą ich utalentowani, w tym leży ich problem.

          • Zgadzam się całkowicie! Plus ująłeś dobrze to, co mnie się gdzieś wymykało: brakuje w tym filmie ciepła. A gdzież miłość bez ciepła i bez czułości?
            Wydumana historia, która za wszelką cenę próbuje uzurpować jakąś ciężką patologię, w zupełnie niewiadomym celu. Czy naprawę miłość po polsku zawsze kojarzyć się musi z jakimś syfem?

          • jak wy to wszystko upraszczacie, sprowadzacie do żenady, jakiegoś banału...
            wasze zarzuty, że film kończy się źle a powinien dobrze...
            ludzie jak was czytam, to naprawdę nie wierzę, nie wierzę
            dla mnie ten film jest arcydzieł, tak jednorodnym i konsekwentnym że
            bez zbytniego wysiłku pokazuje, iż film może być dziełem sztuki a nie tylko kiczem, komercją, banałem kłamstwem..;.

          • Tu nie chodzi o łaknienie dobrych zakończeń rodem z komedii romantycznych. Tylko o dyskurs na temat powielanych schematów.
            Nie upraszczamy, a szukamy (przynajmniej ja szukam, ale widzę, że towarzysze dyskusji na forum także) interpretacji, próbujemy zrozumieć.

            Super, że dla Ciebie film jest arcydziełem - byłoby lepiej niż najlepiej, gdybyś to jakoś uargumentował.

          • to ja odbiję piłeczkę
            jakież to powielane schematy masz w tym filmie?
            że nieszczęśliwa miłość?
            że większość polskich filmów kończy się tragicznie?
            że miłość po polsku zawsze kojarzyć się musi z jakimś syfem?
            no proszę cię....
            napisałem ci że film jest jednorodnym i konsekwentnym dziełem sztuki, a co za tym idzie wszystko w nim: zdjęcia muzyka, aktorstwo, scenariusz tworzą genialną symfonię.
            po za tym sposób ujęcia tematu "kobieta, mężczyzna mego życia" jest niepowtarzalny i gwarantuje ci, że wejdzie do annałów historii polskiego kina jeśli nie kina światowego.
            na koniec nie zamierzam cię przekonywać, że widziałaś genialny film (bo widać że do Ciebie zupełnie nie trafił, choć może kiedyś? who knows?) po prostu pisze o moich odczuciach , ale jak widzę nie tylko moich....
            pozdrawiam, życząc tylko filmów, które będą w Ciebie wchodziły najgłębiej jak tylko można wejść ;/.......


          • Przykre jest, że sprowadzasz rozmowę do "bo widać że do Ciebie zupełnie nie trafił, choć może kiedyś?"

            Film uważam za świetny, a nawet wybitny pod wieloma względami: zdjęć, muzyki, gry.
            Natomiast jak to określiłeś "niepowtarzalnego&qu ot; ujęcia związku zwyczajnie nie kupuję. Kupuję ideę, ale nie sposób przedstawiania. I też nie zamierzam nikogo do niczego przekonywać.

            PS Też życzę sobie tylko takich filmów.

          • Jakie schematy są powielane w filmie?
            Dokładnie są zerżnięte z książek "żart" i "nieznośna lekkość bytu" Kundery.

          • jeśli ty w tym filmie widzisz "schemat zerżnięty z nieznośniej lekkości bytu" to ja nie mam więcej pytań...

          • Kolega nie przedstawi argumentacji, jeśli nie udowodnisz, że czytałeś książki. Do tej chwili nie będziesz partnerem do dyskusji.
            A udowodnić będzie trudno... ;)

          • rozumiem zweistein, że piszesz w imieniu nawieczor to ci odpowiem, że wcześniej już napisałem, iż ni mam ani ochoty ani najmniejszego zamiaru nic udowadniać, a tym bardziej wchodzić w jakąkolwiek dyskusję, jeśli koś w zimnej wojnie widzi nieznośną lekkość bytu
            kropka

          • Ale o jakie ciepło Ci chodzi w kontekście zwyczajnej tragedii miedzy ludzkiej jakich dużo na świecie? Przecież miłość nie zawsze jest ciepła i cudowna. Jak można szczęśliwie żyć gdy przegrało się życie ? nie ma szans na wspólną przyszłość bo on jest wrakiem psychicznym i fizycznym po wieloletnim pobycie w więzieniu ( zdecydował się na ten krok dla niej ) a ona jest w kolejnym udawanym związku bez miłości ( również popełnionym dla niego, aby wyszedł wcześniej z więzienia ) z którego na własne nieszczęście ma jeszcze dziecko?Przecież od początku wiemy że czasy i okoliczności nie pozwoliły im być szczęśliwymi? Co mieli zrobić na zakończenie ? w podskokach iść w stronę słońca??Udać się w podróż do Las vegas? Nie uważam tego filmu za jakieś arcydzieło ale porównywać tego typu temat do filmu Barei ( skądinąd świetny film ! ) jest chyba nie na miejscu. To zupełnie inny styl z nawiązaniem do stylu noir ma być ciężko mroczno i nieszczęśliwie i tak jest bo pewnie podobna historia w tamtym okresie mogła mieć miejsce. Też nie lubię tej polskiej bidy i wiecznego"syfu" uwiecznianej w kinie ale tutaj akurat była uniwersalna opowieść o tragicznej miłości która nie miała szansy się udać...Ale to tylko moje skromne zdanie :-)

          • Wystarczyło im umieć się dogadać we Francji.takie dramaty pisane na siłę.

          • No faktycznie masz rację, dogadaliby się w połowie filmu pod wieżą Eiffla przy kolacji ze ślimakami, zrobili kilkoro dzieci i żyli długo i szczęsliwie. Takie scenariusze to dopiero gratka:-)

          • Scenariusz romansu na ekranie powinien byc wiarygodny, jakkolwiek go poprowadzić.
            Chodzi mi o słabą wiarygodność motywacji bohaterów, przez co nie rozumiem ich i nie kibicuję. Czy ktoś, kto uciekł z Polski lat 50tych wróciłby tam, by być z ukochaną? raczej nie, bo przeceż znano realia, że nie ma powrotu- co najwyżej do więzienia jako zdrajca narodu (a może i zagrożenie tym samym bezpieczeństwa ukochanej). Mnie nie chodzi o happy end ale o wiarygodne postacie i relacje.

          • Pięknie o tym wszystkim napisałeś. W ogóle świetnie, że jest tylu tutaj świadomych ludzi, którzy po prostu umieją pisać o kinie.

          • Zgadzam się. To świetnie wyreżyserowany marny scenariusz. Mnie w tym filmie niestety najbardziej zawiodła źle dobrana obsada. Kot, którego lubię, tu zawiódł na całej linii.

          • Serio?! Kot zagrał najlepiej z nich wszystkich, kobieto! Podaj mi innego polskiego aktora który potrafiłby paroma zdaniami i milionem spojrzeń na cały film zagrać tak jak Kot.

          • Też mam akurat wrażenie, że Kot to ten film ratuje. Postać Kulig to inna bajka - przede wszystkim źle napisana. Nie wiem czemu on się niby w niej zakochuje (pierwszy mankament filmu, który ma być historią pewnej miłości), za to rozumiem, czemu przy niej trwa (upór emigranta?).

            Liczyłam na lepszy scenariusz, a tak to właściwie nie wiem, co przy tym filmie robił niby Głowacki.

          • A czy Ty potrafisz powiedzieć dokładnie dlaczego zakochałaś się w swoim życiu w takich a nie innych osobach? Słuchamy, rozłóż nam na czynniki pierwsze swoje miłości. Albo może spójrz na bohaterów jako na osoby z różnych światów, o totalnie różnych temperamentach i charakterach. Dopowiedz sobie resztę i nie pytaj dlaczego...

          • Ja tam myślę, że 40 letni facet już powinien wiedzieć, dlaczego dana kobieta go pociąga. Szczególnie, że raczej nie była jego pierwszą dziewczyną w życiu. Nie mówię, że potrzebna byłaby 2 godzinna rozprawa na ten temat. Wystarczyłaby chemia między odtwórcami głównych ról. Jakiś błysk w oku, kuszące spojrzenia, mikro gesty, no do cholery cokolwiek. A tu w miłość bohaterów trzeba uwierzyć na słowo, co sporej rzeszy widzów po prostu nie przekonuje i dlatego rozpada się emocjonalna konstrukcja filmu. A jak zaczyna się patrzeć na fabułę z logicznego punktu widzenia, to już w ogóle wychodzi absurd. Ja, mimo ogromnej przychylności po "Idzie", mam ogromny problem z tym filmem, bo mnie po prostu nie przekonuje miłość bez chemii i namiętności.

          • Przecież on się bardzo często na nią patrzy, dla mnie jego zakochanie było bardzo widoczne i urocze ;) Po prostu jest spokojnym człowiekiem, te emocje ma bardziej wyważone, dopiero jak go zostawia zaczyna płakać, itd. Mikrogesty - przymknięcie oczu Zuli po zniknięciu Wiktora przy śpiewie "będę kochać, póki żyję". Dla mnie to zagrało, ale szanuję opinię ;)

          • Może jakiś kłopot w tym, że ich "miłość" zaczyna się od seksu w łazience, podczas którego Zula ma średnio zakochaną minę i generalnie namiętności i chemii między kochankami nie ma tam za grosz? Z mojego doświadczenia wynika, że prawdziwie zakochany mężczyzna nie traktuje swojej partnerki jak przedmiotu do przygodnego seksu nastawionego wyłącznie na spełnienie mężczyzny. Więc i to mi nie gra. Bo szybki seks na ogół w głowie faceta przekreśla szanse na poważny związek.
            Potem scena, kiedy on patrzy w niebo, nie na nią, a ona wyznaje, że na niego kapuje. Też bez chemii, też bez przytulania, czy czegokolwiek charakterystycznego dla osób zakochanych.
            Coś tu ewidentnie na początku szwankuje i wielu z nas ma problem, żeby uwierzyć w tę relację.
            Problem z miłością jest taki, że nie jest w słowach, tylko właśnie w gestach i spojrzeniach. Samo przymknięcie oczu podczas śpiewania piosenki to trochę mało, żeby było powodem takiego szamotania bohaterów.

            A z drugiej strony, jeśli Tobie to zagrało i bez trudu uwierzyłeś w historię, to zazdroszczę. Bo wtedy film jest pewnie genialny :)

          • "Potem scena, kiedy on patrzy w niebo, nie na nią, a ona wyznaje, że na niego kapuje. Też bez chemii, też bez przytulania, czy czegokolwiek charakterystycznego dla osób zakochanych."

            Sorry, facet ewidentnie przysypiał gdy Zula poinformowała go, że kapuje. Więc nie mogli się zachowywać jak kochankowie z twojej bajki, skoro sobie po prostu leżeli - zapewne nieco zmęczeni po tym, co robili kochankowie z mojej bajki.

          • Czyli film polega na tym, że widz ma sobie dopowiedzieć wszystko, czego film w istocie mu nie daje. A nie daje meritum romansowego gatunku - zakochania, namiętności, zaufania, czułości i chemii, czyli elementarnych składowych początkowej fazy miłosnej.
            I żeby nie było, nie jestem zwolenniczką łopatologii filmowej, ale wg mnie naczynie pt Zimna Wojna jest fabularnie zbyt puste, żeby zachwycić. A może odwrotnie, trzeba do niego włożyć zdecydowanie za dużo, żeby był to film wybitny. A strasznie szkoda, bo wystarczyłaby jedna sensowna scena na początku, która dałaby pretekst do tych wszystkich dalszych "miłosnych" roszad. Przez cały film nie wiemy DLACZEGO ten dorosły i doświadczony przystojny artysta fiksuje się aż tak na tej wsiowej dziewce. A to dla mnie jest sprawą kluczową, która mogłaby całą historię uprawdopodobnić.

          • Nie, chodzi tylko o to, że to co ty odbierasz jak scenę, która nie potwierdza "normalnych" zachowań kochanków, ja odczytuję jak zwykła prozę życia, której ci kochankowie doświadczają. Mogą leżeć w trawie - po seksie? - i przysypiać, niekoniecznie muszą patrzeć płomiennym wzrokiem w gwiazdy, wtopieni w siebie jak przylgi.

            "DLACZEGO ten dorosły i doświadczony przystojny artysta fiksuje się aż tak na tej wsiowej dziewce"

            Hm... Może dlatego, że to nie była "wsiowa dziewka"?

          • Problem polega na tym, że w początkowej fazie miłosnej nie ma czegoś takiego jak proza życia, bo wszystko jest zachwytem i naj. Poza tym w tej scenie nic nie sugeruje, że są po seksie.
            Owszem, może nie wsiową, ale małomiasteczkową, niespecjalnie urodziwą ani utalentowaną. Za to cwaną i grubiańską. Nieistotne. Wciąż nie wiadomo, DLACZEGO ten gość jest w stanie poświęcić wszystko co ma dla, akurat tej, dużo od siebie młodszej dziewczyny.

          • Kurczę, proza życia jest zawsze, jeśli poszukasz. Twoja wizja miłości widocznie jest inna, ale niekoniecznie uniwersalna. Jasne, "nic zupełnie" - kochankowie tak sobie leża na trawie, jakby trochę zmęczeni (na pewno on), skąd by tam miał być jakiś seks, prawda? Absurd totalny :)

            Czyli nie wsiowa, to już ustaliliśmy, ok :) Ale nie urodziwa, nie utalentowana? Przecież i jedno, i drugie. Z perspektywy kochanka na pewno, ale też niejednego widza. Rozumiem, tobie jej uroda nie pasuje, ale wielu facetów zapewne nie zgodzi się z tobą.
            A jak bardzo "urodziwa" jest G. Close w "Fatalnym zauroczeniu"? Połóżmy - w przenośni, rzecz jasna - na szali jedną i drugą.

          • Ale film fabularny to nie jest dokument, który ma śledzić prozę życia, tylko to mistyfikacja, która w widzu ma budzić jakieś przeżycia. Do tego potrzebna są odpowiednie składowe filmu od scenariusza zaczynając, na montażu i udźwiękowieniu kończąc. Przynajmniej taką wiedzę wyniosłam ze szkoły filmowej. Wszystko musi składać się w fabularną i logiczną całość, żeby widz się nie pogubił i żeby mógł łatwo wejść w świat przedstawiony.

            Problem w tym filmie jest taki, że on już na wejściu każe nam sobie dopowiadać zdecydowanie za dużo, bo wciąż uroda dziewczyny nie jest powodem, dla którego 40 letni pianista daje sobie uciąć palce. Bez jaj.

            Ja rozumiem, że jesteśmy wychowani na romantycznych mitach i irracjonalnych miłościach, ale umówmy się, że twórcy wszystkich wielkich dzieł romantycznych nie mieli więcej niż lat 28. Goethe? 23-24 przy pisaniu Wertera. No i ok, to jest czas, kiedy człowiek wpada w takie szajby.

            Ale tu mamy 40 latka, samotnego, utalentowanego, z przeszłością, z dorobkiem, pomysłem na rozwój kariery, który nagle widzi średnio utalentowaną blondynę i BACH! Kulesza mówi, że ta druga lepsza, a nasz Wiktorek zblazowanym głosem mówi, że coś w niej jest. CO?
            Gdybyśmy wiedzieli, co się działo w miłościach Wiktora wcześniej, może byłoby łatwiej zrozumieć jego fascynację, ale niestety nie wiemy. Może gdyby był zblazowanym mężem i ojcem bez nadziei na miłosne uniesienia, to taki podlotek mógłby go w sobie rozkochać. Ale nie. Wiktor jest sam. I zapewne, skoro jest artystą i bardzo atrakcyjnym gościem, takich blondyneczek miał w soim życiu na kopy. Zatem ponawiam pytanie: CO jest w Zuli takiego, że on leci jak ćma do ognia?
            Jedziemy dalej. Scena seksu w łazience. No fajno, pobzykał, panna minę ma w najlepszym wypadku obojętną, choć raczej cierpiętniczą. Ok, możemy sobie dopowiedzieć, że może ją ząb boli, ale jest tak zakochana, że zamiast w łóżku pozwala się puknąć typowi w łazience już na początku "wielkiej, kosmicznej, destrukcyjnej miłości".
            Dalej. Scena na kocyku. Zero chemii, zero czułości. Lacha mu mówi, że bardzo go kocha, ale na niego kapuje. Typ się wścieka, lacha się wścieka, wskakuje do wody i śpiewa.
            Dalej, Wiktor stwierdza, że spieprza z kraju i chce kapującą cierpiętnicę wziąć ze sobą. Lacha robi go w balona, nie przychodzi na umówione spotkanie. Z wielkiej, nieposkromionej miłości. Wiktor twardo kocha dziewczynę, która de facto na obrazie daje mu same powody do niechęci.
            A potem to już absurdy typu: gość szaleńczo zakochany, kiedy panna stuka się ze wszystkimi na około, ale sama ma pretensję o to, że była kochanka Wiktora przetłumaczyła tekst piosenki.
            Wiktor ciągle obojętny i drętwy jak kłoda idzie z nią do knajpy i gada z jakimś typem, Zula z nudów zaczyna tańczyć na barze.
            Ona go umie znaleźć wszędzie, on szukając jej potrafi zadzwonić tylko do Mazurka i ze smutkiem odkłada słuchawkę.
            On idzie na 15 (WOW, skąd ten wyrok?) lat do obozu pracy, gdzie traci palce i decyduje się na to z własnej nieprzymuszonej woli, bo woli być z panną niż zapewnić im obojgu stabilizację życiową.
            Ona ma dziecko, ale wybiera smierć z pseudoukochanym.
            Dziwna montaż dający wrażenie, że tabletki nie działają, bo bohaterowie wychodzą z kościoła i idą na drogę, gdzie znikają z kadru.

            No i teraz tak, ja, jako artystka, kobieta 34 letnia z doświadczeniem życiowym i zawodowym, znająca wielu muzyków, filmowców, plastyków i literatów, a do tego od niedawna żona i mama 2 dzieci uważam tę historię za kompletnie niewiarygodną i nietrzymającą się kupy. I strasznie żałuję. Bo zdjęcia piękne, klimat super, Idę uwielbiam, ale tych braków fabularnych nie potrafię wybaczyć, bo zepsuły mi całą ucztę. I nie tylko mnie :(

          • Najpierw piszesz, że "film fabularny to nie jest dokument, który ma śledzić prozę życia, tylko to mistyfikacja...", zaś potem masz pretensje odnoszące się do tego, ze film nie jest wiarygodny w senie rzeczowej i obiektywnej prawdy o ludziach i łączących ich relacjach. Albo-albo.
            Zauważ, że szukasz braku wiarygodności w sensie odniesienia do świata rzeczywistego, tymczasem jesteśmy w ramach fikcji fabularnej, która z tego świata może czerpać swobodnie i wybiorczo.

            Pewnych uwag nie rozumiem:
            "uroda dziewczyny nie jest powodem, dla którego 40 letni pianista daje sobie uciąć palce. Bez jaj. "
            Raz: nie tylko uroda, tylko całokształt. Facet kocha, choć ty w tę miłość nie wierzysz. ale to ona tłumaczy jego działania Dwa: nie tyle "dał uciąć", co je stracił w wyniku pracy w obozie.A to już brzmi nieco inaczej.

            Ciągle podważasz urodę Zuzy, to może wskaz w zespole dziewczynę, która bardziej przykuwałaby wzrok? Ja takiej nie pamiętam. Dlaczego Wiktor zakochał się w Zuzie? A dlaczego nie? Ludzie przyciągają się w rozmaitych konstelacjach.

            "...absurdy typu: gość szaleńczo zakochany, kiedy panna stuka się ze wszystkimi naokoło, ..."
            Rany boskie, gdzieś ty to wypatrzyła? Konkretnie?

            "On idzie na 15 (WOW, skąd ten wyrok?) lat do obozu pracy, gdzie traci palce i decyduje się na to z własnej nieprzymuszonej woli, bo woli być z panną niż zapewnić im obojgu stabilizację życiową. "
            Hm? W ramach rzeczywistości PRL to chyba nie jest nietypowy wyrok. Nieprzymuszona wola? Przecież najpewniej zatrzymany po/przy nielegalnym przekroczeniu granicy, niby sam się zgłosił do obozu, skąd taki pomysł? Miał zapewnić stabilizacje i głupio tego nie zrobił? Czyli teraz postulujemy działania niczym w filmie dokumentalnym o o tym, co powinien robić rzeczowy i racjonalny facet? ;) Przecież oni tę stabilizacje Paryżu mieli. Ale Zuza uciekła. Co miał zrobić facet? Zapewniać dalej stabilizację dla Zuzy, której nie było, nie starać się jej odzyskać, nie podjąć ryzyka?

            "Ona ma dziecko, ale wybiera smierć z pseudoukochanym."
            Czemu pseudo? Czemu istnienie tego dziecka miałoby uniemożliwić samobójstwo, nie rozumiem?

            "Dziwna montaż dający wrażenie, że tabletki nie działają, bo bohaterowie wychodzą z kościoła i idą na drogę, gdzie znikają z kadru."
            Otwarte zakończenie, chyba nie takie niezwykłe w kinie?

            "Typ się wścieka, lacha się wścieka, wskakuje do wody i śpiewa."
            Świetna scena. Jedna z moich ulubionych. :)

          • Wierzysz w tę historię, ja, jak wiele innych nie wierzę. Ok.

            Dramat fabularny MUSI trzymać się logiki i prawdopodobieństwa, żeby utrzymać widza w iluzji. Kiedy zaczyna być nieprawdopodobny, widz odwraca się od świata przedstawionego. I film wcale nie musi być dokumentalnym zapisem, ale gra aktorska musi logicznie i prawdopodobnie spajać ze sobą całość. Tutaj tego brakuje.

            15 lat to jest absurdalna ilość jak na Polskę. Może jakby był w Korei albo w Chinach, to by dostał 15. Z własnej woli, bo wiedział, że obóz go w Polsce czeka i poszedł tam z własnej, nieprzymuszonej woli.

            Nie stuka się ze wszystkimi? A z kacykiem, z którym potem ma dziecko? A z przyjacielem Wiktora 6 razy w ciągu nocy? A z mężem Włochem? Rozumiem, że puściłeś to w niepamięć? Gdyby Twoja dziewczyna i miłość tak robiła, to ciągle poszedł byś za nią w dym?

            Dorosły, doświadczony mężczyzna nie zachowuje się jak zakochany gnojek. Wystarczy zobaczyć co zrobiła Coppola w Między słowami. Ile tam było emocji i delektowania się emocjami i niespełnionym uczuciem. Tutaj jest szamotanie się bez widocznego powodu.

            No i teraz kwestia dziecka. Rozumiem, że swoich nie posiadasz, ale fakt, że Zula z taką łatwością zapomina o własnym potomstwie jest tragiczna i fakt, że nie ma w niej żadnej walki wewnętrznej w tej sprawie odbiera postaci prawdopodobieństwo. Oczywiście są kobiety, które porzucają swoje dzieci, ale chciałbyś się związać z taką kobietą? Jako mężczyzna? Co byś stereotypowo sobie o niej pomyślał?

            I nie miej pretensji, że traktuję bohaterów stereotypowo, bo konstrukcja filmu i szczątkowość ich charakterystyk nie pozwala na nic więcej.

            Jest tu stanowczo za mało informacji, aby cały ten tragizm trzymał się logicznej i spójnej całości. Jest też za mało informacji, żeby mógł sobie pozwolić na brak logicznej i spójnej narracji. Takie jest moje zdanie.

          • "Z własnej woli, bo wiedział, że obóz go w Polsce czeka i poszedł tam z własnej, nieprzymuszonej woli. "

            15 lat za dużo? To twoja wiedza czy wrażenie? Nie spieram się, być może chodziło o większy efekt, ale to przecież wątek marginalny. Chodzi ci o to, ze powinni oprzeć się na kodeksie karnym PRL, żeby być correct? Dla mnie to nie ma istotnego znaczenia.
            Nielegalne przekroczenie granicy. Przecież nie szedł świadomie do obozu - wręcz nic tej hipotezy nie wspiera - , bo wówczas nie mógłby odzyskać Zuzy, to chyba oczywiste? Wrócił do Polski, żeby z nią być, nie po to żeby przez koleje lata siedzieć jak głupi w obozie. Równie dobrze mógłby sobie mieszkać i tworzyć w Paryżu. Zaś już w obozie sam mówi, żeby Zuza ułożyła sobie życie bez niego, więc sensu w twojej koncepcji nie ma wiele.

            "Nie stuka się ze wszystkimi? A z kacykiem, z którym potem ma dziecko? A z przyjacielem Wiktora 6 razy w ciągu nocy? A z mężem Włochem? Rozumiem, że puściłeś to w niepamięć? Gdyby Twoja dziewczyna i miłość tak robiła, to ciągle poszedł byś za nią w dym? "

            Nie, na pewno nie "z wszystkimi". Przeanalizujmy. Z "kacykiem" - tak, jako jego żona przecież, żeby wydobyć Wiktora, czyli poświecenie. Pamiętam z kina USA podobne wątki. Z przyjacielem Wiktora? Serio jej uwierzyłaś? Wiktor tez, ale to była tylko fantazja, żeby go wkurzyć, co się udało. To była regularna podpucha. Mąż Włoch? Zapewne, choć o tym niewiele wiemy. Ale wiemy, dlaczego ten Włoch się pojawił - nie z miłości ani z chęci pukania przecież. Nie, nie mówimy o mnie, tylko o Wiktorze. To ciągle nie jest zbiór świadczący o tym, ze puszczała się z wszystkimi dookoła, w każdym przypadku Wiktora nie było z nią - to były związki-kadłubki, zastępcze, tak je traktowała, Wiktor chyba rozumiał to podobnie.

            "Dorosły, doświadczony mężczyzna nie zachowuje się jak zakochany gnojek."
            Sorry, co takiego paskudnego zrobił, skąd gnojek i dlaczego tak ostro?

            "fakt, że Zula z taką łatwością zapomina o własnym potomstwie jest tragiczna..."
            Zgadza się, ale to przecież raczej uwiarygadnia decyzje o samobójstwie niż jej przeczy. Ciekawy motyw, ciekawe, czy wielu widzów go zauważyło
            O Zuzie jako matce świadczy źle, ale czy też źle o sile miłości do Wiktora?.

          • "Zuzy, to chyba oczywiste? Wrócił do Polski, żeby z nią być, nie po to żeby przez koleje lata siedzieć jak głupi w obozie. Równie dobrze mógłby sobie mieszkać i tworzyć w Paryżu. Zaś już w obozie sam mówi, żeby Zuza ułożyła sobie życie bez niego, więc sensu w twojej koncepcji nie ma wiele"

            Obejrzyj jeszcze raz scenę z konsulem w Paryżu. Wiktor wiedział, co go czeka w Polsce! Obóz pracy więźniów i zdawał sobie sprawę, że praca tam to nie będzie pielenie chwastów na rabatkach, tylko kamieniołomy. Dla palców pianisty zabójcze.
            Michnik i Kuroń dostawali około 3 lat paki za jawną działalność opozycyjną, a tu nagle pianista niezwiązany z politycznym ruchem 15 lat obozu. Spoko.

            Co do związków Zuli, mówiła na dzień dobry w Paryżu, że kogoś ma. Że kacyk się do niej podwala. Ten sam z którym potem ma dziecko. Włoch... jasne kadłubki wybaczalne.
            Wg mnie sposób w jaki kumpel Wiktora na przyjęciu rozmawia z Zulą jest jasnym sygnałem, że to nie była podpucha, tylko forma odrobienia przysługi z płytą.

            Jako dorosła kobieta i matka oceniam tego mężczyznę jako zdziecinniałego, niepoważnego, niedorosłego emocjonalnie, dlatego nazwałam go gnojkiem.

            Motyw zostawienia dziecka generalnie słabo świadczy o nich jako ludziach. Chyba, że Zula była niezrównoważona psychicznie. To też nie był noworodek, tylko już całkiem duży chłopiec, z którym musiała nawiązać emocjonalną więź. Bo odnieś to do siebie. Nie miałbyś żadnych wątpliwości, żeby popełnić samobójstwo z matką jakiegoś dziecka?
            Gdybym była w podobnym trójkącie raczej bym brała dziecko i zaszyła się wraz z ukochanym w Bieszczadach. Bo jednak dla kobiety dziecko jest zazwyczaj na pierwszym miejscu. Sam fakt posiadania dziecka z osobą niekochaną nie przekreśla miłości matki do dziecka. A w związku z tym, że w tamtych czasach aborcja była dostępna i legalna, to musiała się pełną świadomością zdecydować na to dziecko.

            Jak widzisz jest tutaj mnóstwo wątków, w których można grzebać i film pozwala grzebać, bo sam nie odpowiada na pytania i wątpliwości nie rozwiewa. Dla mnie właśnie w tych niejasnościach i niedoprecyzowaniach jest zaklęta słabość tego filmu.



          • Marny scenariusz to plagiat dwoch ksiazek Kundery "zart" i "niezwykla lekkosc bytu"

          • Warto sprawdzić definicję słowa plagiat.

          • Wielbiciele Pawlikowskiego będą go ślepo bronić, to oczywiste.
            Czytałeś wskazane książki?
            Nie, sądząc po braku argumentacji.

          • Ani wielbiciel, ani tym bardziej ślepy, fałszywy trop.
            Owszem, czytałem.
            Tak, istotnie nie argumentowałem, co ma ponoć dobitnie świadczyć, że książek nie znam. Ty podobnie, prawda?

            plagiat «przywłaszczenie cudzego pomysłu twórczego, wydanie cudzego utworu pod własnym nazwiskiem lub dosłowne zapożyczenie z cudzego dzieła opublikowane jako własne...
            (za Słownikiem języka polskiego PWN)

          • Czekam na jakikolwiek argument że nie kłamiesz i książkę czytałeś.
            Dokładnie chodzi o zapożyczenie z cudzego dzieła (Kundery) i opublikowanie jako własne w filmie.

          • Sorry, ale mogę zapytać podobnie o dowody. Zaprezentujesz?
            Konkretnie : jakie zapożyczenia z "Żartu" i "Niezwykłej lekkości...", które są ewidentnym plagiatem?

          • Więc książek nie czytałeś.
            Skoro tak cokolwiek napisze o plagiacie Pawlikowskiego i tak odpiszesz, że to nieprawda.
            EOT

          • Rozumiem, że brak "argumentów&q uot; świadczy o tym, że nie czytałem?
            Zaś w twoim przypadku twój brak "argumentów&q uot; świadczy o tym, że czytałeś?
            Dobre :)

            Jakie "argumenty" uznasz za wiarygodne? ;) Przecież nie opisy fabuły, które każdy można skopiować z netu. Więc co?

            Zamiast tych zabawnych uników, proponowałbym, żebyś wskazał te elementy scenariusza, które są plagiatem z Kundery. Bo na razie jest to jakaś dziwna tajemnica. A gdy już wymienisz - zakładając optymistycznie, ze dasz radę - będę mógł się do nich odnieść. Póki co, nie bardzo jest do czego.

    • Zgoda.
      Nie rozumiem zupełnie tych zachwytów, świetnych ocen, więc ekstazy jaki to dobry film.
      Oczywiście każdy ma swój gust, ale tu jakiś owczy pęd powstał.
      Dla mnie film przeciętny, bez emocji, z historią, który nie porywa zupełnie, nie ma tam pasji, miłości, namiętności, nie widze też tej miłości niemożliwej czy przegranej bohaterów, mało co widzę.
      Może to zamierzenie reżysera, ale dla mnie film ogląda się jak przez szybę, bohaterów nie da się polubić, są nieciekawi, ich problemy mnie nie ciekawią ani oni sami mnie nie ciekawią.
      Oczywiście formalnie film świetny (szczególnie w warstwie muzycznej), ale jest to wydmuszka, piekny na zewnątrz, pusty w środku.
      I aktorsko też nie powala, to lepiej obejrzeć jakiś świetny film noir czy romans z końca lat 40-tych czy 50-tych niż "zimną wojnę".

      • Mężczyzna który dla miłości ucieka z kraju, ryzykuje karierę, pozycje, talent, który dla niej daje się wsadzić do więzienia w którym niszczą mu palce ( palce muzyka - gdzie muzyka była równie ważna w jego życiu co Zula) i który w końcu popełnia z nią samobójstwo to nudna historia bez emocji? A może to takie proste w wykonaniu Zuli, raz wychodzić za mąż za obcego Włocha, tylko aby móc przedostać się do Francji a drugi raz wychodzić za mąż i robić sobie dziecko nie z ukochanym który siedzi w więzieniu, tylko z obleśnym aparatczykiem komunistycznego systemu i tkwić w tym wszystkim sama...Zostawić dziecko w imię miłości może to i straszne w kontekście macierzyństwa ale to dziecko z kimś kogo nigdy nie kochała a zabić się można tylko z wielkiej miłości. Film kipi od emocji, ona nie uciekła z Francji dlatego że chciała robić karierę w Polsce ( w Polsce już miała pozycję ) nie mogła się odnalezć w blichtrze zachodniego świata bo była zwyczajną, prostą dziewczyną z Polski. Nie rozumiała klimatu jazzu i innych "wynalazków " zachodu bo Polska była wtedy za żelazną kurtyną i był to totalnie inny kraj niż rozwinięty i nowoczesny zachód. Sam fakt wyboru miejsca samobójstwa o tym mówi - polskie pola, wieś - odwieczna tęsknota za utraconą młodością, polskością. Ważną informacją jest również to że rodzice Pawlikowskiego przez całe życie schodzili się i rozchodzili i łączyła ich głęboka, szalona i destrukcyjna miłość. Miotali się między Polska a zachodem ( nawiązał do tego w jednym z wywiadów ) i to było perfekcyjnie w tym filmie pokazane. A to że zrobił film 1,5 godzinny pokazujący tak ważny temat to dla mnie lepiej bo tak dużą rozpiętość czasową musiał by ująć w minimum 3 h i wtedy zrobiłoby się z tego tandetne romansidło w holyłudu.

        • To chyba wolę tandetne romansidła, które poruszają niż wysmakowane filmy, za którymi dla mnie jest tylko pustka.
          Nie przekonał mnie ten film po prostu i nie zmieni tego fakt, że może i hoistoria ciekawa, ale zrobiona tak, że jej nie czuję w żaden sposób.

          • ok, przecież to zwykła dyskusja. Jednych porusza to, innych tamto. Dla mnie miłość fatalna, smutna i chwytająca za serce-warta opowiedzenia. I tyle.

        • No i to jest dla mnie właśnie problem w tej historii - nie musiałaby się skończyć tak tragicznie, gdyby ona nie postanowiła wrócić do Polski. Nie kupuję tego wytłumaczenia o prostej dziewczynie itd. Tzn inaczej, nie jesteśmy w stanie sobie tego wyobrazić i postawić się na jej pozycji, ale czuję że absolutnie każdy wtedy chciałby być na jej miejscu. Gdyby tego nie zrobiła to on nie musiałby wracać za nią, iść do więzienia czy raczej jakiegoś łagru, ona nie musiałaby się puszczać, czytaj: wychodzić za aparatczyka i nie musieliby popełniać szekspirowskiego samobójstwa. Po zjedzeniu kilku tabletek? To chyba rzadko działa, tak na marginesie. A nawet gdyby to wszystko do momentu zakończenia się wydarzyło to w porządku, takie losy, tak napisali historię - jednak właśnie zakończenie mnie jakoś rozczarowało, było jak z zupełnie innego filmu, jak Romeo i Julia właśnie albo wiele innych historii. Nie wierzę w to. Jeszcze ten ostatni tekst w filmie, takie banalne, kiczowate. Ja ogólnie zgadzam się z opiniami, że film jest zimny, nie poczułem niczego i nawet byłem rozczarowany sobą, jeśli można tak powiedzieć, a może po prostu jestem nieczuły. Niektórzy krytykują część paryską, dla mnie w tym momencie zaczęło robić się ciekawiej, bohaterowie zaczęli ukazywać jakieś emocje, pazur, Kulig zaczęła się miotać, było widać po niej te emocje, potem Kot, który postanawia wrócić. Jednak to wszystko wziąłem na zimno. W końcu film nawet nazywa się Zimna wojna! Dlaczego? Przecież nie dlatego, że toczy się w takim okresie historycznym i mamy tam wątki polityczne w tle, z którymi bohaterowie muszą się zmagać. Dla mnie to jest metafora ich relacji i zmagania się z sobą.

strona 1