Okja (2017)

Okja (2017)

Świnka z klasą

recenzja kinowa
Zamiast streszczać przyjaciołom historię dystopijnego społeczeństwa niedalekiej przyszłości, wegetariańskich bojówek walczących z rolniczym potentatem oraz przyjaźni koreańskiej dziewczynki ze zmutowaną superświnią, po prostu kupcie im bilet do kina (a może to było konto na Netfliksie?). Raczej nie uwierzą na słowo, że to mogło się udać. 

A jednak. Opowieść o wyhodowanej na potrzeby mięsnego przetwórstwa Okji oraz opiekującej się nią Miji (Ahn Seo-hyeon) ma w sobie absolutnie wszystko, czym oddycha kino familijne najwyższej próby: pociągniętych grubą kreską, a jednocześnie pełnokrwistych bohaterów, zainscenizowaną z finezją akcję, niegłupie, proekologiczne przesłanie oraz wywrotkę odjechanych pomysłów. Śmieszno-straszny ton całości zostaje ustanowiony już w prologu, wystylizowanym na marketingową prezentację: kiedy szefująca olbrzymiej firmie z branży technologii żywności Nancy Mirando (Tilda Swinton) przedstawia światu swój plan na powstrzymanie głodu, domyślamy się, że jest to rzeczywistość, w której wszyscy – najprawdopodobniej ze strachu przed opresją wpływowych korporacji – przedawkowali pigułki szczęścia; i w której życie jednej, wyjątkowej istoty będzie zależało od ludzi o czystych sercach i ciężkich pięściach. 

Akcja rozkręca się błyskawicznie. Konkurs na najdorodniejszego zwierzaka wygrywa w cuglach Okja – należąca do firmy Mirando, ale doglądana na koreańskiej prowincji przez osieroconą Miję oraz jej dziadka. Początkowo dziewczynka godzi się z faktem, że los jej zwierzęcej przyjaciółki jest przypieczętowany. Wkrótce jednak rozbija świnkę-skarbonkę (to nie metafora, naprawdę ją rozbija) i wbrew protestom dziadka rusza na ratunek. Pomogą jej miłujący wszelką faunę rebelianci pod wodzą niepokojąco uprzejmego Jaya (Paul Dano). Zaś z chwilą, w której wkroczą na scenę – a wkroczą w stylu Arsene’a Lupina, Jokera i Gangu Olsena jednocześnie – reżyser rozkręci swoją satyrę na całego. 

Dostaje się zarówno konsumentom genetycznie modyfikowanej żywności, jak i agresywnym popularyzatorom odmiennego stylu życia; korporacyjnym zarządom i obłudnym gwiazdom reality shows; ludziom odwracającym wzrok od cierpienia zwierząt oraz wypaczającym pacyfistyczne ideały alterglobalistom. Lecz nawet gdy Bong Joon-ho rozdaje kolejne ciosy, ani przez moment nie traci z oczu Miji i Okji – pary, którą dla dobra ambitnego wysokobudżetowego kina po prostu trzeba było wymyślić. Zabierzcie chusteczki. Dużo chusteczek.

Koreańczyk nie ma problemu z żonglerką gatunkami, gdyż na podobnych filmach zjadł zęby. "Okja" to kolejny po "The Host – Potworze" oraz amerykańskim "Snowpiercerze" obraz, w którym rozmaite konwencje nie znoszą się wzajemnie, lecz pracują na korzyść całości. To twórca, który potrafi zmieścić grozę i czarny humor nie tylko w jednej scenie, ale nawet w pojedynczym kadrze – by wspomnieć moment, w którym pijany i błaznujący Jake Gyllenhaal szczuje Okję przyrządem do badania jakości mięsa (jak się domyślacie, przypomina ono średniowieczne narzędzie tortur). Na podobnej opozycji wznosi się zresztą cały film, stanowiący alegorię społeczeństwa zatroskanych i mięsożernych hipokrytów. I choć o tym, że nie da się jednocześnie zjeść świnki i mieć świnkę, opowiadało już wielu filmowców, to chyba żaden nie groził nam palcem w tak efektowny sposób. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 91% uznało tę recenzję za pomocną (139głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
8/10
bardzo dobry