Czy androidy śnią o wysokobudżetowych sequelach?

recenzja kinowa
Jakiego koloru oczy miała Rachael? Jest taki moment w "Blade Runnerze 2049", że wypływa owa kwestia i jest to jeden z tych fabularnych "punktów bez powrotu" - wiecie, o czym mowa. Na usta cisną się pytania: jak ma się kopia do oryginału, jak ma się pamięć do rzeczywistości, co jest prawdą, a co kłamstwem? Przed dylematem stoi zaś nie tylko Rick Deckard, ale i Denis Villeneuve. Problem z podejmowaniem rzuconej przez Ridleya Scotta rękawicy jest bowiem taki, że każdy ma swojego "Blade Runnera". Oryginał przecież w pewnym sensie nie istnieje, a dokładniej: istnieje wielokrotnie. I w tym część jego uroku. "Łowca androidów", przemontowywany, przeinterpretowywany, rozmultimedializowany w gąszczu literackich pierwowzorów i kontynuacji, pecetowych spin-offów i alternatywnych soundtracków, przypomina przecież bardziej filmowy palimpsest niż filmową opokę. To film po Dickowsku migotliwy, film z tajemnicą; piękna katastrofa, której niedoskonałości sumują się jakimś cudem w arcydzieło. Weź tu, panie, kręć sequel.

photo.title

Choć otwierający napis mówi wprost, że polujący na replikantów wciąż nazywani są Blade Runnerami, Denis Villeneuve rozpoczyna film od zaznaczenia swojej odrębności. Od negatywu. Jest zbliżenie oka, jest lecący nad ziemią futurystyczny pojazd - ale czarny, pulsujący krajobraz Los Angeles A.D. 2019 zostaje zastąpiony przez niemal białą, sterylną panoramę roku 2049. Cóż, wizje przyszłości zmieniają się wraz z epokami, w których są wysnuwane - i pierwsze, co uderza w wizji Villeneuve’a, to postęp dehumanizacji, jaki dokonał się w świecie Ricka Deckarda przez te 30 lat. Zamiast przypominającego Hong Kong cyberpunkowego "sprawlu", tętniącej życiem multikulturowej rupieciarni, są ciągnące się kilometrami pustkowia i szereg jakby niedomeblowanych pomieszczeń. Więcej powietrza, mniej życia.

Wzorem oryginału ten klimat nie tylko widać, ale i słychać. Vangelis wydobywał ze swoich syntezatorów delikatne, czułe, miejscami nawet bluesujące frazy. Hans Zimmer i Benjamin Wallfisch idą tymczasem w elektroniczny heavy metal: kiedy w tle nie mruczą komputerowi tybetańscy mnisi, z głośników atakuje nas łomot cyberbębnów i chór syntetycznych jęków. Ale nawet tu - nietypowo dla Zimmera - w muzyce jest mnóstwo oddechu, pustych miejsc. Czasem zamiast syntezatorów słychać tylko ciszę, a w niej kroki głównego bohatera, przemierzającego kolejne pustkowie. Jak na hollywoodzką superprodukcję za 180 milionów dolarów, "Blade Runner 2049" zaskakuje narracyjnym rozprężeniem: wolnym, celebrowanym tempem i wymagającym, ponaddwuipółgodzinnym metrażem.  

photo.title

Zimmer jednak nie znalazł się tu przypadkiem, jego udział zwiastuje już pewne przeskalowanie. "Łowca androidów" był w gruncie rzeczy intymną opowieścią o facecie goniącym po mieście za kilkoma uciekinierami. "Blade Runner 2049" tymczasem rozdyma Deckardowski dylemat do blockbusterowej, globalnej skali. Głównym bohaterem jest tym razem niejaki K (Ryan Gosling) - bez dwóch zdań: replikant - którego zadaniem jest polowanie na innych replikantów. W trakcie jednego z rutynowych zleceń odkrywa on sekret sprzed 30 lat mogący wstrząsnąć społecznym status quo. Opowieść o typie, który miał kiedyś parę tożsamościowych dylematów i popełnił mezalians, staje się nagle epopeją o buzującej rewolucji społecznej i poszukiwaniach zaginionego wybrańca. Prywatne interesy Ricka Deckarda (Harrison Ford) z poprzedniego filmu niespodziewanie okazują się mieć wymiar polityczny. "Robiłem kiedyś to, co ty" - mówi Rick do K, kiedy wreszcie się spotykają - "Sprawy były wówczas prostsze". Widać to już po wyborach lekturowych obu panów: Deckard czytuje klasyczną "Wyspę skarbów" Stevensona, K stawia na eksperymentalny "Blady ogień" Nabokova. Nie wyciagajcie jednak zbyt daleko idących wniosków.

Bo choć Villeneuve i jego scenarzyści (Hampton Fancher, Michael Green) nigdzie się nie spieszą, nie ufają też zbytnio, że będziemy czytać między wierszami. Dopowiadają więc sensy, które oryginał zaledwie implikował: dzięki wprowadzeniu nowych, bezwzględnie posłusznych modeli replikantów metafora postępu budowanego na plecach pariasów może więc wybrzmieć otwarcie. "2049" uaktualnia też oryginał o czytelne metafory rasizmu czy korporacyjnego wyzysku i dopisuje androidom postulaty związane z kwestią kontroli narodzin. W tej całej deklaratywności gubi się jednak intrygująca wieloznaczność oryginału. A kiedy Fancher i Green chcą dla odmiany podkreślić ambiwalencję, każą komuś powiedzieć wprost, z łopatą w ręku, że w sumie nie wiadomo, czy jest androidem czy nie. Nie powiem: oglądając film Villeneuve’a zatęskniłem za czasami, gdy tajemnice bohaterów - ba, sam fakt, że jest gdzieś jakaś tajemnica do odkrycia - trzeba było wyłuskiwać z mimochodem rzucanych uwag, snów o jednorożcach i figurek origami. 

A koniec końców "Blade Runner 2049" i tak pozostaje najciekawszy na poziomie osobistym. Gosling - bez przerwy z kamienną twarzą, nawet jeśli właśnie przebito nim ścianę - jest tu robotem w dwójnasób: nie tylko androidem co się zowie, ale i po ludzku odhumanizowanym obywatelem gorszej kategorii. W pracy regularnie musi przechodzić test sprawdzający jego emocjonalną obojętność, a jedyną głęboką relacją w jego życiu jest związek z cyber-dziewczyną imieniem Joi (Ana de Armas). Villeneuve w gruncie rzeczy straszy nas tu wizją społeczeństwa wyalienowanych bytów, które w zaciszach własnych pustych mieszkanek snują swoje iluzje wyjątkowości. Opium dla tych smutnych mas stanowi zaś popkultura - tu pod postacią owych cyber-dziewczyn, niby własnych i unikalnych, a w rzeczywistości produkowanych masowo i spoglądających na ulicznych przechodniów z hologramowych billboardów. Joi w którymś momencie sugeruje, że nasz Blade Runner powinien nosić jakieś "normalne" imię. Kiedy proponuje "Joego", wszystko staje się jasne: oto trybik systemu, nasz futurystyczny Joe K, Józef K. Obeszłoby się bez aluzji.

photo.title

Bardziej niż Kafkowski "Proces" "Blade Runner 2049" przypomina jednak "Labirynt", jeden z poprzednich filmów Villeneuve’a. Stoicki Gosling prowadzi swoje śledztwo niczym tamtejszy detektyw Loki (Jake Gyllenhaal), a reżyser wraz z operatorem Rogerem Deakinsem ponownie zastraszają nas do zachwytu nad groźnym pięknem kolejnych spektakularnych kadrów. To film, który warto zobaczyć na możliwie największym ekranie, by poczuć się cudownie przytłoczonym przez czystą wizualną urodę. Szkoda tylko, że podobnie jak w "Labiryncie", ostatecznie daje tu o sobie znać pamięć komórkowa Hollywood. Villeneuve idzie bowiem w sztampę, jakby musiał spłacić dług zaciągnięty u producentów (w tym… Ridleya Scotta). Jared Leto jako Niander Wallace, nowy technologiczny guru w mieście, stoi więc zbyt blisko etatowych korporacyjnych szwarccharakterów. Podobnie jest z jego podopieczną Luv (Sylvia Hoeks), która fascynujące niuanse mimiki zamienia w końcu na byle wymachiwanie pięściami. To dobrze, że nowy "Blade Runner" nie jest bezpiecznym klonem oryginału. Ale narastający z biegiem akcji heroiczny ton wydaje się zgrzytem. 
 
Wracamy zatem do wyjściowego problemu: nie ma ucieczki od oryginału. Villeneuve niby ostentacyjnie unika powtórki z rozrywki. Nieprzypadkowo na Deckarda czekamy ponad pół filmu. Ale kiedy ten wreszcie się pojawia, reżyser i operator nagle wrzucają inny bieg: ekran robi się intensywnie pomarańczowy, niczym wykrzyknik w morzu wizualnego chłodu z reszty filmu. To sygnał: "uwaga, teraz będzie się działo"! Chcąc nie chcąc, twórcy uruchamiają machinę nostalgii i próbują spieniężyć nasze trzydziestoletnie oczekiwanie. "Blade Runnera 2049"  ogląda się dobrze, ale ja w tym facecie, którego spotyka w końcu K, nie rozpoznaję Deckarda, nawet jeśli ma to być Deckard starszy, zmieniony przez doświadczenia filmowego międzyczasu. Pytanie, czy należy rozliczać sequel według zasad, jakie ustanowił oryginał? Czy należy wypominać, że Rachael miała kiedyś inny kolor oczu? Nie wiem. A czy androidy śnią o elektrycznych owcach?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 46% uznało tę recenzję za pomocną (595głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
7/10
dobry