The Room (2003)

The Room (2003)

Doskonały w swej ułomności

recenzja kinowa
Film kultowy to jedno z najbardziej niejasnych, nieścisłych pojęć w filmowym żargonie. W dzisiejszych czasach zwrot ten jest często nadużywany, przez co traci na swojej wyjątkowości. Pojęciem "kultowego filmowca" najczęściej określa się osoby o niebanalnym talencie i specyficznym, niepodrabianym filmowym stylu (m.in. David LynchJim JarmuschDavid Cronenberg) a pojęcie kultu danego dzieła, odzwierciedla ich najwspanialsze dokonania, które zyskały sobie nieśmiertelność wśród danych grup odbiorców ("Oto Spinal Tap", "Pulp Fiction", "Rocky Horror Picture Show"). Historia kina potrafi jednak być przewrotna i nie zawsze wybitne obrazy podbijają serca kinomanów, a filmy tragiczne nie zawsze odchodzą w zapomnienie, tak było w przypadku "The RoomTommy'ego Wiseau.


Fabuła jest dość prosta. Johnny (Tommy Wiseau) to bogaty bankier, który swój związek z ukochaną Lisą (Juliette Danielle) opiera głównie na częstych i namiętnych aktach seksualnych. Zakochana para nie widzi jednak świata poza sobą. Wszystko zaczyna się zmieniać, kiedy Lisa więcej uwagi niż swojemu chłopakowi zaczyna poświęcać Markowi (Greg Sestero), który jest sąsiadem i najlepszym przyjacielem Johnny'ego. Ich romans okazuje się fatalny w skutkach...

Pierwsze skojarzenia, jakie przyszły mi na myśl po seansie obrazu Wiseau to cechy wspólne z twórczością Ed Wooda. Obaj panowie to nieporadni filmowcy-amatorzy, którzy pomimo braku talentu zyskali rzeszę oddanych fanów traktujących ich filmy jako dzieła sztuki. Z pewnością obu twórcom nie sposób odmówić zaangażowania i filmowej pasji.

Zazwyczaj w swoich recenzjach staram się obiektywnie oszacować wszystkie plusy i minusy danej produkcji. Tutaj jednak nie ma to sensu, gdyż w "The Room" wszystko jest złe albo... bardzo złe. Fenomen "dzieła" polega jednak na tym, że film ogląda się wyśmienicie. Zaskakujące, że fatalnie napisane dialogi i nielogiczny scenariusz, katastrofalna gra aktorów, błędy montażowe oraz nieporadność realizacji złożyły się na obraz, który słusznie jest nazywany "Obywatelem Kane'm" złych filmów. Sam twórca twierdzi, że wszystkie niedociągnięcia są zrobione specjalnie. Nikt chyba mu w to nie wierzy.

"The Room" to dzieło doskonałe w swojej ułomności, dialogi ocierające się o śmieszność i absurdalne postacie zdefiniowały pojęcie "guilty pleasure film", a twórcy zapewnili sobie miejsce w historii kina. Najlepszym przykładem na wciąż żywy kult obrazu niech będzie fakt, że na ekranach naszych kin niebawem pojawi się "The Disaster Artist" w reżyserii Jamesa Franco, który będzie opowiadał o kulisach kultowego filmu. Miejmy nadzieję, że doczekamy się obrazu na poziomie burtonowskiego "Ed Wooda". Filmy, nawet te złe też mogą inspirować, a o to w tym wszystkich przecież chodzi.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (6głosów).