Slumber (2017)

Slumber (2017)

Filmowa mara

recenzja kinowa
Najtrudniejszą sztuką w horrorze jest zbudowanie klimatu. To, co przeraża ludzi w koszmarach sennych, na dużym ekranie może wyglądać sztucznie lub śmiesznie. Ten, kto rozumie istotę horroru, kto potrafi w sugestywny sposób opowiadać o nadprzyrodzonych bytach, jest w stanie nakręcić prawdziwy hit. A przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Jak pokazuje "Slumber", chwytanie istoty gatunku nie wystarcza, by powstał udany filmy.


Jonathan Hopkins należy do tych twórców, którzy wiedzą, jak należy straszyć ludzi w kinie. Nie przesadza z jump-scare'ami. Nie katuje widzów godzinną ekspozycją, by w 15-minutowym finale upchać jak najwięcej gatunkowych evergreenów. Sceny, w których pokazuje bohaterów zmagających się z koszmarami sennymi, robią wrażenie. Stosuje proste chwyty, ale wykorzystuje je na tyle umiejętnie, że naprawdę można czuć "ciary" na plecach. Bawi się oczekiwaniami widzów, stopniuje napięcie, miesza przerażające i odrażające pomysły, tworząc wiarygodną wizję demonicznych ataków, które mogą później prześladować co bardziej wrażliwych widzów. "Slumber" pod tym względem jest rasowym horrorem, któremu nic nie można zarzucić.

Niestety film nie jest zbudowany wyłącznie na sekwencjach sennych ataków. W przerwach między jedną a drugą mrożącą krew w żyłach sceną poznajemy bliżej bohaterów i ich rodziny. Obserwujemy środowisko, w jakim rozgrywa się cała opowieść. Umowność tych filmowych konstrukcji budzi konsternację, nawet kiedy weźmie się pod uwagę niewysokie wymagania stawiane horrorom.

Zaskakuje przede wszystkim niski poziom aktorstwa. Maggie Q to doświadczona artystka. Pojawiała się i w wysokobudżetowych widowiskach ("Mission: Impossible III"), i w popularnych serialach ("Nikita"). Kto jednak nie zna jej filmografii, będzie miał spore problemy z uznaniem jej za profesjonalistkę. Jej gra jest sztywna i anemiczna. Tylko dzięki efektom dźwiękowym i montażowi można zorientować się, że jej bohaterka przeżywa jakiekolwiek emocje. Partnerujący jej aktorzy trzymają podobny poziom. Daje się to przede wszystkim wyczuć w melodyce deklamowanych kwestii. Intonacja szwankuje, jakby aktorzy nagrywali wszystko w izolowanych kabinach, zamiast zwracać się bezpośrednio do siebie.


Nie do końca przemyślany jest też zestaw bohaterów. Szalony dziadek sprzątacza to postać, która fantastycznie sprawdziłaby się w którymś z komediowych horrorów, nie sposób go bowiem traktować poważnie. Wątpliwa jest też wizja samego ośrodka, w którym bada się zaburzenia snu. Nie dość, że jest to miejsce opustoszałe, to jeszcze pracujące tam osoby charakteryzują się zadziwiającym brakiem profesjonalizmu. Te uproszczenia mają twórcom pomóc w popychaniu fabuły w pożądanym kierunku. Psują jednak klimat i nie pozwalają na cieszenie się efektami grozy, którymi twórcy epatują w sekwencjach nocnych ataków.

"Slumber" jest filmem wewnętrznie rozdartym. Jest za mało dopracowany, by można go było traktować z całą powagą. Brakuje mu też dystansu i energii, by mógł być niezobowiązującą rozrywką. Hopkins nie wykazał się, stosując narracyjne skróty myślowe i udowodnił brak umiejętności w prowadzeniu aktorów, ale obronił się tam, gdzie poległo wielu innych twórców horrorów.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (8głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
4/10
ujdzie