Totem (2017)

Totem (2017)

Fuszer

recenzja kinowa
Jeśli Jakubowi Charonowi znudzi się kiedyś kręcenie filmów, może spróbować sił w public relations albo polityce. Determinacji, marketingowej smykałki oraz wyczucia potrzeb widowni z pewnością mu nie brakuje. Pełnometrażowy debiut nakręcił praktycznie bez budżetu, z obsadą złożoną w dużej mierze z aktorów nieprofesjonalnych. Wydawałoby się, że jego dzieło będzie skazane na drugi obieg – małe festiwale, Internet, w najlepszym wypadku VOD. "Totem" trafił tymczasem do regularnej dystrybucji kinowej, jego premierze towarzyszy wydanie powieści pod tym samym tytułem, zaś promujący film teledysk został obejrzany na YouTubie blisko dwa miliony razy! Zainteresowanie "Totemem" w dużej mierze bierze się oczywiście z faktu, że zagrały w nim rap-gwiazdy z ulicznym życiorysem – Sobota w jednej z głównych ról, a Popek w epizodzie. To jednak Charon wpadł na pomysł, by zaprosić wytatuowanych dżentelmenów przed kamerę. To również on szumnie reklamuje swoją produkcję jako przesycone chropowatym realizmem, prawilne kino gangsterskie, jakiego w Polsce jeszcze nie było.


Choć przechwałki reżysera brzmią jak cytaty z wywiadów z Patrykiem Vegą, twórczość autora "Pitbulla" nie wydaje się tu dobrym punktem odniesienia. Dla Charona celuloidowym wzorcem z Sèvres jest raczej "Pusher" – realizowana w latach 1996-2005 trylogia filmowa rozgrywająca się w kopenhaskim półświatku. Inspiracje kasowym cyklem Nicolasa Windinga Refna są w "Totemie" aż nadto widoczne. Polak tak jak jego duński idol kieruje obiektyw na "gangusów" średniego i niskiego szczebla – dealerów, alfonsów, złodziei i łamignatów. Wraz z głównym bohaterem Dzikim (Karol Bernacki) – ambitnym, lecz ustawicznie "nawciąganym" bratem szefa gangu – włóczymy się po szemranych lokalach, melinach i dziuplach. Przyglądamy się wybuchom przemocy i uczestniczymy w przygnębiających scenach z życia rodzinnego. Podobieństwo do Refna można dostrzec również w warstwie wizualnej. Prowadzona z ręki, rozdygotana kamera trzyma się blisko postaci, zaś sino-szary, paradokumentalny sznyt złamany jest w paru miejscach obrazami z pogranicza sennego koszmaru i narkotycznych zwidów. To właśnie w nich pomimo finansowych niedostatków widać przebłyski inscenizacyjnego talentu Charona.


Ze zrozumiałych względów "Totem" nie zgarnie raczej nominacji do Oscara w kategoriach technicznych. Dźwięk jest fatalny, w związku z czym co najmniej jednej trzeciej dialogów nie da się zrozumieć, z kolei plenerowe sceny nocne wyglądają, jakby zarejestrowano je przy pomocy słoika. Na wszystkie te usterki można by jeszcze spojrzeć przez palce, gdyby tylko film opowiadał wciągającą, pełną napięcia historię. Scenariusz Charona nie wznosi się, niestety, ponad poziom polskich offowych produkcji. Organizujący fabułę wątek pechowej kradzieży narkotyków poprowadzony jest niemrawo i chaotycznie, a relacje między postaciami oraz ich moralne rozterki nakreślone są z subtelnością walca drogowego. Niewiele ciekawego dzieje się także na polu dialogów. Brakuje w nich godnych zapamiętania mięsistych linijek, królują za to osiedlowe mądrości w stylu: Precyzyjnie to można kogoś zszyć, a nie rozjebać. 

Wnioski, do jakich dochodzi reżyser, odkrywcze nie są: przestępcza kariera kończy się na cmentarzu albo za kratkami, pokusa szybkiego zarobku może doprowadzić do tragedii, narkotyki są złe, a życie chłoszcze. W dobrych filmach gangsterskich moralizatorstwo poprzedza zazwyczaj karnawał – twórcy pozwalają widzom wytarzać się w grzechu; przespacerować się z bohaterami po krawędzi. U Charona wskaźnik rozrywkowości jest tymczasem zerowy – ekranowy świat, zamiast na przemian fascynować i odpychać, po prostu nudzi. Miał być polski "Pusher", a wyszło drugie "Miasto prywatne".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (18głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
3/10
słaby