Gem, set, mecz.

recenzja kinowa

Z powodzeniem można założyć, że znacznie trudniej kręci się kino sportowe oparte na prawdziwych wydarzeniach niźli to czerpiące głównie z bujnych wymysłów zespołu scenarzystów. Owszem, twórcy pozycji biograficznych nierzadko pozwalają sobie na puszczenie wodzów fantazji, tym niemniej sam trzon produkcji zazwyczaj trzyma się kurczowo faktów. W związku z powyższym w przypadku niepozornych historii wymagana jest niezwykła maestria osób odpowiedzialnych za obraz. Ekipa filmowa powinna wykrzesać z przyziemnej opowieści niewidoczne na pierwszy rzut oka pokłady energii. Jednym z koronnych przykładów tchnięcia ducha w mocno ascetyczny projekt jest tytuł "127 godzin". Wizualne oraz reżyserskie mistrzostwo Danny'ego Boyle'a ubarwiło surową rekonstrukcję tragicznych zdarzeń, koniec końców oferując widzowi refleksyjny i trzymający w napięciu seans. Podobnym tropem podążył Pan Pedersen, który w swoim dziele "Borg/MceNroe" zawarł wiele sztuczek uatrakcyjniających odbiór filmu. Recenzowany tytuł nie jest co prawda tak fascynujący jak choćby "Wyścig", aczkolwiek i specyfika sportu nie dała filmowcom zbytniego pola do popisu.



Björn Borg (Sverrir Gudnason) to czterokrotny zwycięzca Wimbledonu, który pewnie zmierza po swoją piątą wygraną w turnieju. Młodzian o bogatym dorobku tenisowym hołduje zasadzie chłodnego profesjonalizmu, którego naczelną regułą jest wstrzemięźliwość emocjonalna. Zupełnym przeciwieństwem Borga jest zaś porywczy John McEnroe (Shia LaBeouf). Narwany Amerykanin nie szczędzi sędziom opryskliwych komentarzy wygłaszanych podczas gry. Wybuchowy charakter zjednał także chłopakowi liczne grono przeciwników w świecie dżentelmeńskiego sportu. Jak się jednak okaże, McEnroe jest jedynym tenisistą stanowiącym realne zagrożenie dla kortowej dominacji Borga. W drodze po upragniony puchar nawet pomoc zaufanego trenera Lennarta Bergelina (Stellan Skarsgård) może okazać się niewystarczająca do zapewnienia wygranej Björnowi. Prawdziwe starcie bowiem rozgrywa się nie między siatką, a w czeluściach umysłu...



Wielokrotnie potwierdzałem już w licznych recenzjach moją słabość do kina sportowego. Nic zatem dziwnego, że obraz "Borg/McEnroe" zwrócił mą uwagę niemalże od samego początku seansu. Ciekawe intro ukazujące z lotu ptaka korty tenisowe pozwala poczuć przedsmak tego, jakim stylem wizualnym podąży reszta filmu. Pan Pedersen w wysublimowany sposób ukazuje dynamiczne pojedynki zawodników, pozwalając widzowi zachować czytelność żywiołowych wymian kolejnych odbić. Stylowe i wyśmienicie wkomponowane w narrację przebitki na okrzyki publiczności oraz reakcje członków rodziny podbijają i tak wysokie tempo kortowych starć. Nie do przecenienia są również kąśliwe uwagi komentatorów, którzy opisują mecze w różnych językach. Klimat tenisowego święta bez wątpienia wylewa się wprost z ekranu na widza, przenosząc go na trybuny Wimbledonu lat 80. Swoje trzy grosze do wzorcowego oddania realiów epoki dorzucają komiczne jak na obecne standardy fryzury oraz ówczesna moda nieodłącznie kojarzącą się z poprzednim wiekiem. Swoista filmowa wycieczka w przeszłość powinna wzbudzić zatem ciepłe odczucia wśród większości kinomanów, także i tych urodzonych wiele lat po tytułowym starciu sportowych tytanów.



Początkujący scenarzysta poradził sobie w najlepszy możliwy sposób z materiałem, dbając o odpowiednie nakreślenie sylwetek dwójki protagonistów. Dzięki pracy Pana Sandahla, "Borg/McEnroe" obfituje w liczne sceny pokazujące drogę obu tenisistów na szczyt. Począwszy od lat dziecięcych aż do przełomowego turnieju, narracja przedkłada widzowi jak hartowała się żelazna osobowość Szweda i skąd w krnąbrnym Amerykanie takie pokłady agresji. Liczne retrospekcje wypełniające opowieść zdecydowanie spełniają swe zadanie co do joty. Stanowią one bowiem nie tylko zwykłe "wypełniacze", ale przede wszystkim służą udramatyzowaniu pozakortowych zdarzeń. Dzięki Bogu twórcy dobrze skondensowali fabułę w sensowny czas trwania produkcji, unikając rozciągania prostego w sumie skryptu na niebotyczną liczbę minut. Ów grzech jest jednym z najczęściej popełnianych przez reżyserów obrazów biograficznych, ale Pan Pedersen oparł się wspomnianej pokusie... z korzyścią dla swojego dzieła. Dzięki temu pozycję "Borg/McEnroe" ogląda się jednym tchem, niczym autentyczną wymianę for/backhandów przy akompaniamencie okrzyków sportowych fanów.



Ogromne brawa należą się tak osobom odpowiedzialnym za casting do produkcji jak i aktorom. Prym wiedzie szwedzki artysta Sverrir Gudnason, który skupia na sobie światła reflektorów przez większość filmu. Oczywiście rola Borga siłą rzeczy wymusiła na odtwórcy oszczędną i wycofaną grę, ale nawet w tak pozornie ograniczonym repertuarze Gudnason odnalazł się bezproblemowo. Nie bez kozery jest też uderzające fizyczne podobieństwo Szweda do tenisisty, dzięki któremu kinoman jest w stanie uwierzyć, iż naprawdę ogląda na ekranie perypetie samego Borga. Ciekawym wyborem obsadowym okazał się także angaż LaBeoufa do roli nieokiełznanego McEnroe'a. Po swoich licznych wybrykach, do niedawna perspektywiczny aktor zyskał po części status "persona non grata" w hollywoodzkim światku. Na szczęście przed kamerą młody artysta wciąż daje z siebie wszystko, swoim temperamentem pasując do odgrywanej przezeń postaci. Wyzwiska rzucane w stronę arbitrów oraz publiki czy napady niepohamowanej wściekłości uskuteczniane przez filmowego McEnroe'a wypadają przerażająco naturalnie, podbijając realizm tenisowego spektaklu. Miłym dodatkiem do listy płac jest i Stellan Skarsgård, którego aktorskie doświadczenie daje o sobie znać w filmie. Wykreowana przez niego postać twardego, lecz sprawiedliwego trenera dodaje Borgowi ludzkiego wymiaru.



Teoretycznie wszystko w produkcji "Borg/McEnroe" się zgadza. Film został zrobiony wedle wszelkich prawideł rządzących gatunkiem; ba, od strony czysto wizualnej wycieńczające konfrontacje na korcie to mała perełka w obrazach traktujących o tenisie. Śmiem jednak twierdzić, że recenzowany tytuł stoi o półkę niżej od niezwykle cenionego "Wyścigu" Rona Howarda głównie przez swoją tematykę. Życiorysy Hunta i Laudy są zwyczajnie barwniejsze i oferują znacznie pokaźniejszy ładunek dramatyczny niż "jeden z najdłuższych tie-breaków w historii". Czy najzacieklejsza wymiana odbić jest w stanie się równać z gnaniem na złamanie karku w śmiesznie lekkim bolidzie przy niesprzyjających warunkach pogodowych? Zapewne dla niektórych Czytelników odpowiedź na tak postawione pytanie będzie twierdząca. Tym niemniej dla mnie ujęcia pokazujące z perspektywy pierwszej osoby zmagania na torze biją na głowę najlepszą nawet partię tenisa. Tak czy inaczej, dla osób ceniących sobie dobry, sportowy dramat pozycja "Borg/McEnroe" to, nomen omen, gra warta świeczki. Ot, solidny reprezentant gatunku będący w stanie porwać każdego widza, niezależnie od umiłowanej dyscypliny.

Ogółem: 7/10

W telegraficznym skrócie: bardzo dobry film o tenisie i "ledwie" dobry reprezentant kina sportowego; reżyser i scenarzysta wyciągnęli z historii tyle, ile się dało; zobrazowanie pojedynków na korcie to wirtuozerska robota; szybkie, lecz czytelne, ujęcia, energiczne wymiany i zaserwowane z wyczuciem przebitki na gawiedź dobrze oddają atmosferę Wimbledonu; typowa kompozycja oparta na retrospekcjach i epizodycznym ukazaniu przeszłości protagonistów sprawdza się bez zarzutu; "Wyścig" wbił mnie swego czasu w kinowy fotel, "Borg/McEnroe" zaś tylko zapewnił interesujący i wyważony seans; solidny tytuł.

Przy okazji chciałbym podziękować zarówno dystrybutorowi Best Film jak i serwisowi Filmweb za możliwość zapoznania się z tytułem przed polską premierą produkcji.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 77% uznało tę recenzję za pomocną (13głosów).
kulak4
ocenia ten film na:
7/10
dobry