Labirynt bełkotu

recenzja kinowa
Wiele kamieni szlachetnych w swojej surowej postaci prezentuje się źle. Dopiero oczyszczenie i oszlifowanie sprawia, że ich niezwykły potencjał zostaje ujawniony. Takim nieoszlifowanym klejnotem jest "Labirynt świadomości". Obraz Konrada Niewolskiego miał szansę stać się wielkim hitem kina tak złego, że aż dobrego. Jednak jego reżyser najwyraźniej nie zauważył szansy, jaką dawał scenariusz. Zamiast wkroczyć na barwną drogę świadomego kiczu, Niewolski wybrał kręte korytarze labiryntu kina artystycznego. Pogubił się.


Już próba opisania fabuły, bez parskania śmiechem, jest wyzwaniem. Główną bohaterką jest dziennikarka "śledcza", której umiejętności zawodowe ograniczają się do parkowania prostopadłego. Za każdym razem, kiedy ma jakiś problem do rozwiązania, zatrzymuje swój samochód obok pojazdu informatora, który w telegraficznym skrócie serwuje jej potrzebną wiedzę. To dzięki niemu, a także za sprawą siostry, która otrzymała pracę w firmie prowadzącej badania krwi menstruacyjnej (!), dziennikarka wpada na trop przedziwnego spisku. Jest tu i kabała, i eksperymenty na ludziach przeprowadzane przez nazistów podczas II wojny światowej.

"Labirynt świadomości" pełen jest tekstów o nefilim, Trzecim Oku i mistycznej więzi jajników z fazami księżyca. Nie wiem, kto z większym niedowierzaniem będzie tego wszystkiego słuchał: niewtajemniczeni, którzy nigdy nie słyszeli o księgach Henocha, czy też ci, którzy interesują się kabałą oraz innymi dziedzinami wiedzy mistycznej. Niewolski przygniata film przedziwnymi terminami, które brzmią tak absurdalnie, że widz czeka tylko, aż aktorzy nie wytrzymają i wybuchną gromkim śmiechem. Wrażenie to jest naprawdę silne, a wszystko dlatego, że reżyser traktuje fabułę z całkowitą powagą. Podąża drogą "Pi" Aronofsky'ego oraz hiszpańskich horrorów i thrillerów opowiadających o badaniach na styku magii, religii i nauki. Nie potrafi jednak dotrzymać im kroku. Jego film jest przerażająco statyczny, niewyobrażalnie wręcz przegadany, z jednowymiarowymi postaciami. Niewolski nie zna filmowej alchemii, a tej śmieciowej zbitki materiałowej nie potrafił przemienić w złoto.


Wystarczyło tylko, by reżyser "Labiryntu świadomości" poddał się absurdalnej fabule, a przede wszystkim zrobił film dynamiczny i przejaskrawiony. Szaleni naukowcy i ich niemoralne genetyczne eksperymenty. Dziennikarki, które nie grzeszą rozumem, a jednak rozwiązują zagadki, z jakimi nie mogą sobie poradzić najtęższe umysły na Ziemi. Eksperci od wiedzy tajemnej, którzy wypowiadają mądrze brzmiące zdania, będące w istocie stekiem bzdur. To podstawowe elementy każdego szanującego się filmu klasy B. "Labiryntowi świadomości" pod względem wątków fabularnych, dialogów i konstrukcji bohaterów bliżej jest do opowieści o nazistach z kosmosu ("Iron Sky"), dzielnych Amerykanach, którzy od środka, przy pomocy piły mechanicznej patroszą rekiny ("Rekinado") lub też przemienionych w żywe trupy paniach lekkich obyczajów ("Striptizerki zombie"). A jednak Niewolski zamiast bawić widzów, zanudza ich na śmierć.

Być może jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest brak w Polsce kampowej tradycji. Jednak Niewolski – na ile świadomie, to już zupełnie inna kwestia – garściami czerpie z kina klasy B. Dowodami na to są chociażby: fryzura bohatera granego przez Ireneusza Czopa, postać jego ochroniarza z dziwnym okiem, ciotka-mistyczka biegle posługująca się językiem aniołów, krwawe koszmary z ciężarną kobietą w roli głównej, a także muzyka, która nie ma nic wspólnego z klimatem filmu. Wszystko to jednak zostało zmarnowane i wylądowało na kinowym śmietniku.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (15głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
2/10
bardzo zły