Droga Aszera (2017)

Droga Aszera (2017)

Scaffolding

Nie idźcie tą drogą!

recenzja kinowa
"Droga Aszera" prowadzi przez wybrukowane dobrymi chęciami piekło. Reżyserowi Matanowi Yairowi zamarzyła się realizacja dzieła reklamującego edukację i literaturę jako potencjalne narzędzia samopoznania. Kłopot w tym, że środki są nieadekwatne do zamierzonego celu, a pozornie wyrafinowane tezy izraelski twórca wykuwa na naszych oczach retorycznym kilofem. W efekcie "Droga Aszera" okazuje się filmem, który – choć chciałby uchodzić za podniosły hymn – ma w sobie raczej finezję stadionowej przyśpiewki.


Porażka filmu smuci tym bardziej, że mamy do czynienia z izraelsko-polską koprodukcją, a w jej realizację aktywnie włączyli się rodzimi fachowcy, z operatorem Michałem Bieńkiem na czele. Odpowiedzialność za klęskę spada jednak na samego reżysera. Podczas seansu wprost trudno uwierzyć, że scenariusz opiera się na osobistych doświadczeniach Yaira, mającego w swym życiorysie lata pracy w szkole dla tak zwanej "trudnej młodzieży". Zamiast przekonywać za sprawą psychologicznego autentyzmu, "Droga" na każdym kroku razi uproszczeniami. Przede wszystkim, trudno znaleźć prawdziwie wiarygodny powód, dla którego tytułowy Aszer miałby przemienić się z klasowego chuligana w miłośnika literatury. Dokonane na naszych oczach cudowne przeistoczenie każe – zapewne wbrew intencjom reżysera – dopatrywać się w "Drodze Aszera" pokrewieństwa ze sztampowymi "christian movies". Zaliczane do tego gatunku filmy, stanowiące bodaj najbardziej jaskrawy we współczesnym mainstreamie przykład kina jawnie propagandowego, opierają się na kilku prostych schematach. Bohaterami dzieł pokroju "Bóg nie umarł" czy "Próby ogniowej" są najczęściej neofici odkrywający dla siebie uroki wiary i trwający przy niej, pomimo natrętnie deklarowanego sceptycyzmu otoczenia. W "Drodze Aszera" dzieje się zupełnie to samo, z tą różnicą, że miejsce Boga zajmuje traktowana z równym nabożeństwem Wiedza.

Rolę kluczowego wątpiącego wypełnia w filmie ojciec tytułowego bohatera – surowy patriarcha, właściciel firmy budowlanej stawiający ciężką pracę fizyczną znacznie wyżej niż siedzenie z nosem w książkach. Mężczyzna znajduje jednak godnego siebie rywala w postaci Ramiego – natchnionego nauczyciela potrafiącego za pomocą kilku prostych formułek znaleźć klucz do serc i umysłów uczniów. Wynik tej konfrontacji jest z góry przesądzony, co reżyser próbuje uzasadniać choćby za pomocą wyraźnie zwulgaryzowanej psychoanalizy. Idąc jej tropem, Aszer miałby tak bardzo lgnąć do swego belfra dlatego, że obdarzony wrodzoną delikatnością mężczyzna zastępowałby nieobecną w życiu młodzieńca matkę. W idealizowaniu postaci Ramiego nie przeszkadza nawet obarczenie go bagażem osobistych traum. Tragedia wydarzająca się w życiu bohatera stanowi kolejny składnik pieczołowicie budowanej przez reżysera legendy. Zgodnie z jej literą Rami nie okazuje się nikim innym niż współczesnym świętym gotowym, by w imię wyższych celów złożyć w ofierze swą prywatność i osobiste szczęście.


Film, w którym gra toczy się wyłącznie o tak wysokie stawki, byłby może do uratowania, gdyby udało wypełnić go przynajmniej chwytającym za gardło patosem. Niestety, Yair udowadnia, że nie potrafi nawet tego. Potwierdzenie owych słów przynosi zakończenie, gdy kluczowe dla wymowy filmu słowa pozostają wydukane przez Aszera pod nosem, jakby od niechcenia. Trudno o lepszy dowód na to, że zupełnie bezzasadne okazują się, formułowane tu i ówdzie, porównania "Drogi" do "Stowarzyszenia umarłych poetów". Przy kultowym filmie Petera Weira dzieło Yaira jest jak esej, który po bliższej lekturze okazuje się wyłącznie średniej klasy rozprawką.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 25% uznało tę recenzję za pomocną (4głosy).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
4/10
ujdzie