Extinction (2018)

Extinction (2018) Gra wideo

Niech ginie

platformy: PS4
Jakoś tak się złożyło, że akurat tłumaczę książkę traktującą o trudnościach, jakie niezmiennie od lat napotykają producenci gier, i ci mniejsi, i ci więksi, stąd moja recenzencka empatia nieco się rozwinęła. Nie znam co prawda historii stojącej za "Extinction", ale chciałbym wierzyć, że klęska, jaką poniosło studio Iron Galaxy, to wynik niefortunnego zbiegu okoliczności, nagłego zderzenia z rzeczywistością albo zwyczajnego pecha, a nie chłodnej kalkulacji i wyrachowania.


Bo życzenie sobie 249 złotych (stan na dzisiaj) za grę, która jest niczym innym jak niedostatecznie przemyślanym i upichconym na szybko indykiem, a nie AAA, to kolosalne nieporozumienie. Nie jest tajemnicą, że prezentowane przed premierą zwiastuny są częstokroć przygotowaną pieczołowicie reklamówką, a nie odzwierciedleniem rzeczywistej rozgrywki, lecz ten fakt nie przestaje drażnić. Trailery "Extinction" ewidentnie sugerowały rzecz mogącą z powodzeniem rywalizować z "Attack on Titan" (o "Shadow of the Colossus" nie godzi się choćby słowem napomknąć, bo to zupełnie inna liga), a dostaliśmy produkt niezgodny z opisem – grę brzydką i zwyczajnie nudną.


Najpierw obligatoryjne słówko o fabule. Jako Avil, ostatni wojownik ze starożytnego zakonu zwanego Strażnikami, bronimy swej krainy przed najazdem olbrzymich Ravenii, napędzanych jedynie żądzą zniszczenia; ich celem jest całkowita eksterminacja gatunku ludzkiego. I tyle. Nie takie jednak historyjki wystarczyły, aby mieć podkładkę pod wielogodzinną zabawę, a tymczasem po kwadransie spędzonym z "Extinction" wiemy już o grze absolutnie wszystko. Gameplay jest bowiem do bólu powtarzalny i mechaniczny, frajdy zaś z tej naparzanki nie ma żadnej. Bo schemat każdej misji (parłem naprzód, bo, prócz poczucia obowiązku, kierowała mną ciekawość, czy coś się zmieni) jest identyczny, czyli: ratujemy cywili przed Szakalami, przydupasami Ravenii, i przy okazji ładujemy energię przy pomocy niebieskich kryształów, wokół których owi ludzie wystają (ni żywego ducha nigdzie indziej) i po wypełnieniu tych nudnych zadań huzia na giganta, który sukcesywnie rozwala miasto. Do dyspozycji prócz ataku podstawowego (jeden przycisk!, a combo to naciśnięcie go kilkakrotnie; kupowane po udanej misji ulepszenia nie mają praktycznie żadnego wpływu na kolejne bitki) mamy uderzenie specjalne i tylko nim możemy powalić ogra, uprzednio pozbawiając go przykrywającej wybrane części ciała zbroi. Czemu mamy się nią w ogóle kłopotać, zamiast od razu uciąć mu łapę czy nogę, tego nie wyjaśniono. Im dalej, tym wymyślniejsze pancerze, lecz technika pokonania Ravenii się nie zmienia, czyli wskakujemy na typka, odkrywamy jego słabe punkty, celujemy i odpalamy atak specjalny. Proste? No niby proste, ale dodajmy do tego nieprecyzyjną kamerę, problemy ze sterowaniem (to nie łażenie po kolosach, oj nie), mało precyzyjny system uderzenia (nieraz przelatywałem z mieczem obok) oraz irytującą konieczność przebiegnięcia całej planszy od nowa po utracie życia, co daje czas olbrzymowi na regenerację. I tu nawet nie trzeba specjalnie argumentować, czemu to wszystko nie jest takie, jakim powinno być, bo wystarczy jedynie opisać to, co dzieje się na ekranie. Nie ma tu niczego, co mogłoby zainteresować gracza na tyle, aby wytrzymał z "Extinction" dłużej niż rzeczony kwadrans. Postać Avila nie rozwija się bowiem podczas gry, a całe to bieganie po ścianach i niby latanie (?) to żaden bajer – przypomina raczej błąd strukturalny, gdyż nasz dziarski woj po prostu ciśnie przed siebie, jakby jutra miało nie być. To natomiast każe się zastanowić nad funkcją przeszkód terenowych, które służą absolutnie niczemu.

Zwykle powstaje pytanie o sens pisania o słabych grach, skoro wokół kryje się tyle dobra do odkrycia. Odpowiedź – ku przestrodze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 56% uznało tę recenzję za pomocną (9głosów).
Bartosz Czartoryski
ocenia tę grę na:
3/10
słaba