Ciambra (2017)

Ciambra (2017)

A Ciambra

Praktycy niemocy

recenzja kinowa
Cały wielki, pogmatwany świat skryty za bramą z blachy falistej i między rozpadającymi się garażami. Żeby na romskim osiedlu w Gioia Tauro związać koniec z końcem, trzeba nauczyć się przedsiębiorczości – "opalać" kable, rozbierać na części kradzione samochody, gromadzić złom albo "kroić" turystów na dworcach kolejowych. W zamkniętym obiegu getta nastoletni Pio chłonie reguły plemiennej lojalności, ale nie jest też z plasteliny. Ma swoją indywidualność, patrzy krytycznie na upadek cygańskiego etosu, chociaż jednocześnie – jak to dzieciak –  chciałby się dopasować i wypełnić z nawiązką grupowe przykazania. W "Ciambrze" wykluczeni wciąż posiadają duże zasoby podmiotowości. To nie jest film o chorągiewkach targanych społecznymi i ekonomicznymi wiatrami, tylko rzecz o ludziach świadomie wchodzących w różnorodne relacje: z historią własnej grupy, tradycją, stylem życia, ze światem materii, przedmiotów, z miejscem zamieszkania. Fakt, że zazwyczaj są to stosunki trudne i mało satysfakcjonujące, nie powinien nam przyćmić ogólnego obrazu – empatia nie bierze się u Jonasa Carpignano z litościwego podglądactwa, ale z radosnego wspólnictwa. 


W perypetie Pio wpadamy jak w trans, chociaż fabuła nie należy do szczególnie oryginalnych i opiera się na typowym dla gatunku coming-of-age motywie gwałtownego wejścia w dorosłość. Nie spodziewajcie się spacerku za rączkę z rodzicami, już prędzej skoku na główkę z dwudziestego piętra. Pio dorasta na marginesie, bo jego rodzina bardziej ceni tradycję i lojalność niż obowiązujące normy społeczne. Wzorce dorosłej męskości są w tym środowisku, oględnie mówiąc, średnio ciekawe – najbardziej przystępny wydaje się starszy brat, drobny złodziej i paser. Ale Cosimo idzie do paki – i to razem z ojcem rodziny – a Pio czuje się zobowiązany przejąć "interesy" po starszyźnie. W domu trudno o wsparcie i bezpieczeństwo, szuka więc namiastki ciepła u jednego ze szwendających się po mieście Afrykanów – Ayivy. I oczywiście prędzej czy później będzie musiał zderzyć się z rzeczywistością; wybrać: dobre imię rodziny albo przyjaźń i spokój ducha. 

"Ciambrę" określa jakaś wyjątkowa, paradokumentalna zażyłości reżysera z bohaterami i ich życiową przestrzenią – zaniedbanym osiedlem na peryferiach portowego miasta. Obraz wciska się tak głęboko w świat Pio, jest cały czas na tyle blisko ludzkich ciał – za plecami, pod nogami, trzęsąc się i rozmazując przy każdym poruszeniu, zmianie perspektywy – że w wielu momentach staje się zupełnie nieczytelny, prowadzi do utraty orientacji. Fikcyjna historia w połączeniu z autentycznym środowiskiem i dokumentalną formą daje mocny efekt zanurzenia w codzienność włoskich Romów. U Carpignano bieda getta nie jest egzotyczna – nie patrzy się na nią jak na kolejną antropologiczną ciekawostkę – ale uniwersalna i znajoma. Czasami trudno opędzić się od wrażenia, że to wszystko już było: ekspresowa szkoła życia, dzieciaki bez opamiętania kurzące fajki, jakaś klubowo-folkowa muzyka dudniąca z samochodów i tanich spelunek. Nie ma jednak tej nachalnej dydaktyki, wystawiania świadectwa biedzie, współczującego pochylania się nad niedolą, które są przecież chlebem powszednim filmowych portretów wykluczenia. Nikt tutaj nikogo nie wybiela ani nie traktuje z buta – kamera po prostu jest, towarzyszy bohaterom zarówno w trakcie rodzinnej popijawy, gdzie alkohol i tytoń dostają też dzieci, a rasistowskie teksty sypią się gęsto, jak i w momentach rodzicielskiej czułości. 


"Ciambrze" najbliżej do kameralnej przypowieści o tym, jak otwarte, nomadyczne społeczności popadają w gnuśność, a reguły kierujące ich życiem coraz bardziej kostnieją, stając się nieznośnym balastem dla młodszych pokoleń. Przypowieści gorzkiej, niekiedy podejrzanie tendencyjnej, ale jednak zapadającej w pamięć mocniej niż – w teorii  bardziej inkluzywne – kino dokumentalne, o które Carpignano cały czas się ociera. Tutaj – ciągle na nowo – odbywa się poszukiwanie sensu własnego doświadczenia. Łowcy i zbieracze pokazują nam swój świat, zamieniając wyobrażenia o destrukcji i degradacji w jeszcze jeden społeczny pejzaż: czasami zupełnie irracjonalny, wyzuty z wrażliwości, a jednak żywy i godny szacunku. Na peryferiach Gioia Tauro, w romskiej enklawie praktykuje się niemoc – ale jako wyraz dawnego przywiązania do swobody. Czy coś z tej deklarowanej wolności jeszcze zostało, czy zamieniła się w swoje przeciwieństwo, kolejną formę uwiązania? Reżyser nie daje jasnej odpowiedzi. Woli patrzeć – i szczerości tego spojrzenia ufamy bez trudu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (2głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
7/10
dobry