Przez różowe okulary

recenzja kinowa
Gdyby "The Florida Project" nakręcić w Polsce, pewnie wyszłoby coś w stylu "Cześć, Tereska". Sean Baker wynalazł przecież – podobnie jak kiedyś Robert Gliński – hiperzdolne dzieci-naturszczyków i obsadził je w opowieści o społecznych dołach. Jesteśmy jednak możliwie najdalej od jakiegoś szaroburego kina z sumieniem i moralizatorskim podtekstem. Po części zapewne dlatego, że Baker opowiada swoją historię w absolutnie nieprotekcjonalnym tonie, bez cienia oceny. A po części dlatego, że akcja filmu toczy się w Ameryce, gdzie można klepać biedę i ledwo wiązać koniec z końcem, pozostając w iście bajkowej scenerii.

"The Florida Project" świetnie gra bowiem z konwencją filmu dla dzieci, z tymi wszystkimi kinowymi wyprawami do magicznych krain i wizjami świata oglądanego przez różowe okulary, z poetyką pastelowych barw i spuszczonej ze smyczy wyobraźni. W jednej ze scen mamy nawet tęczę, ale – co znamienne – to tęcza jak najbardziej prawdziwa. Baker podąża ze swoją kamerą za grupą dzieciaków mieszkających w motelowym kompleksie na obrzeżach Disneylandu. Jesteśmy na zapleczu wspaniałego świata: stojący nieopodal park rozrywki to wielki nieobecny opisanej w filmie przestrzeni, ale w okolicy i tak czuć już landrynkową atmosferę lunaparku. Ironiczne: sąsiedztwu, w którym wychowują się mali bohaterowie, bliżej do slumsów, ale zamiast mrocznych zaułków zewsząd otaczają ich różowe ściany, gigantyczne głowy czarodziejów i wielkie pomarańcze. Dość powiedzieć, że motel, w którym mieszka ze swoją matką mała Moonee, nazywa się Magic Castle.

Akcja filmu toczy się podczas wakacji, gdy w (gorącym) powietrzu wisi psota. Moonee i jej najlepszy kolega Scooty biegają po okolicy, szukając nowego pomysłu, jak zabić nudę. A to urządzą konkurs plucia, a to wyłączą prąd w budynku, a to przeczeszą osiedle opuszczonych domów. Baker opowiada ich perypetie w luźnym, bliskim dokumentu stylu, skupiając się na kolejnych dziecięcych "przygodach". Fabuła jest tu drugorzędna, wyłania się jakby od niechcenia z sumujących się w szerszy obraz scenek. Nic dziwnego – tak przecież wygląda świat z punktu widzenia dziecka: od impulsu do impulsu, od wydarzenia do wydarzenia, z "dorosłymi" sprawami oddelegowanymi do roli tła. Reżyserski dotyk wydaje się tu bardzo subtelny i film sprawia wrażenie, jakby Baker często komponował sceny z zaobserwowanych, sprowokowanych sytuacji, zamiast naginać rzeczywistość pod jakieś aprioryczne fabularne wymogi. Luźna narracyjna forma pozwala rozwinąć skrzydła młodym aktorom, z grającą Moonee Brooklynn Prince na czele. Dzieciaki są tu tak naturalne, jakby reżyser podglądał niewidzialną kamerą prawdziwe podwórkowe psoty: w rezultacie to jedna z zabawniejszych komedii, jakie obejrzycie w tym roku.

Ale choć film jest lekki, nie traktuje o lekkich sprawach, gładko wpisując się w "uniwersum" Bakera, który po raz kolejny opowiada o ambiwalencji amerykańskiego snu. W "Gwiazdeczce" i "Mandarynce" reżyser zaglądał za fasady przedmiejskiej idylli i blichtru Los Angeles, portretując samotnych ludzi zaplątanych w "brudne" interesy pornografii czy prostytucji. Ale zamiast demonizować, zamiast piętnować patologie, pokazywał ciepłą, codzienną stronę życia "na dołach". W "The Florida Project" podobnie. To kino niby bliskie wrażliwości Larry’ego Clarka czy Harmony’ego Korine’a, podobnie czułe na chropawy puls ulicy, a jednak zupełnie inne w wymowie. Zamiast ładować nam na twarz tragedie, Baker woli wsłuchać się w dziecięcy język, żywy, kolorowy, pełen kalamburów i gier słownych oraz zasłyszanych od dorosłych zwrotów. W mowie maluchów, komicznie bogatej od frazesów w rodzaju "nie jesteś moim szefem!", niczym w krzywym zwierciadle odbija się przecież dorosły świat. Kiedy Moonee i jej koledzy klną po szewsku albo dosadnie się strofują, wiemy, że powtarzają jedynie to, co usłyszeli w swoich domach – czy w tym przypadku: w pełniących funkcję domów pokojach motelowych. 

Znamienna jest tu relacja Moonee z jej matką, Halley (Bria Vinaite), która zachowuje się – i wygląda – bardziej jak starsza, wulgarna siostra, z którą pstrykasz sobie selfiaczki i twerkujesz w rytm puszczonego z komóry rapu. Wytatuowana, z zielonymi włosami i pyskatym usposobieniem, kobieta robi dobrą minę do złej gry, w rzeczywistości żyje bowiem na skraju ubóstwa, bez stałej pracy, nieustannie czując na plecach oddech opieki społecznej. Żeby stać ją było na czynsz za kolejny tydzień, musi chwytać się coraz bardziej ryzykownych fuch. Halley nie jest jednak anomalią, ale normą w hotelowej scenerii, pełnej rozmaitych życiowych przegranych, freaków i ciułających grosz do grosza samotnych matek. Dlatego kusi, by w tym "magicznym zamku" dojrzeć jakąś alegorię zinfantylizowanej, trashowej Ameryki pozostającej na łasce korporacji i instytucji państwowych. Ale takie odczytanie byłoby krzywdzące dla wrażliwości Bakera, który nie chce bawić się w uogólnienia i diagnozy. 

Spojrzenie reżysera bliższe jest chyba postawie zarządzającego hotelem Bobby’ego. Willem Dafoe, z pokrytą bruzdami twarzą, w wytartych dżinsach, zgarbiony, zdaje się dźwigać na barkach ciężar całego świata, ale nie brak mu ciepłej empatii. Choć to on zarządza hotelem, w rzeczywistości stanowi jedynie trybik w firmowej maszynie. Dla lokatorów jest surową twarzą instytucji – facetem, który każe ci przypiąć rower, nie hałasować po 22 i płacić czynsz w terminie – ale sam musi schylać kark przed własnym szefem. Na terenie hotelu zajmuje się wszystkim: jest złotą rączką, konserwatorem i sekretarzem, komornikiem, który wywali cię z pokoju, i policjantem, który przegoni z terenu podejrzanego starszego pana kręcącego się wokół dzieciaków. Koniec końców może tylko robić swoje, a pod koniec dnia sczilować z papierosem, załamując ręce nad światem. Raz na jakiś czas uśmiechnie się porozumiewawczo do kolejnego dzieciaka, który biega po podwórku, ciesząc się życiem, póki jeszcze może.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (17głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
8/10
bardzo dobry