Morderstwo w hotelu Hilton (2017)

Morderstwo w hotelu Hilton (2017)

The Nile Hilton Incident

Rewolucja u bram

recenzja kinowa
Nie warto dać się zwieść konwencjonalnemu tytułowi. "Morderstwo w hotelu Hilton" to coś więcej niż jeszcze jeden kryminał próbujący znaleźć odpowiedź na pytanie "Kto zabił?". Uznany za rewelację tegorocznego festiwalu Sundance film Tarika Saleha prezentuje najszlachetniejsze oblicze kina gatunkowego. Reżyser sięga po język popkultury, by za jego pośrednictwem wypowiedzieć żal i gniew egipskiego społeczeństwa dochodzącego do siebie po latach politycznych represji. Uniwersalne kody kulturowe działają w tej sytuacji jak zaklęcie uruchamiające magię kina, dzięki której pozornie odległe od nas problemy prowokują autentyczne zaangażowanie emocjonalne. 


W filmie Saleha trudno zakochać się od pierwszego wejrzenia. Początkowo intryga rozwija się dość ślamazarnie, a nawiązania do kina noir sprawiają wrażenie zbędnego naddatku stylistycznego. Z biegiem czasu historia nabiera jednak tempa, a czarny kryminał okazuje się konwencją idealnie dopasowaną do opowieści o patologii na szczytach władzy. Sportretowany w "Morderstwie…" współczesny Kair niespecjalnie różni się na przykład od Los Angeles lat czterdziestych przedstawionego na kartach powieści Raymonda Chandlera. Obie metropolie to miasta-molochy stanowiące siedlisko bezprawia, cynizmu i moralnej zgnilizny. W filmie Saleha najlepszy symbol panującej w ekranowym świecie hipokryzji stanowi tytułowy hotel Hilton, w którego luksusowych wnętrzach dochodzi do krwawej zbrodni.

Przenikający świat "Morderstwa…" duch moralnej ambiwalencji udziela się także głównemu bohaterowi – wyznaczonemu do rozwiązania kryminalnej zagadki inspektorowi Noredinowi. Grany przez coraz bardziej lubianego w Hollywood Faresa Faresa stróż prawa jest modelowym trybikiem w systemowej machinie. Choć mężczyzna nie posuwa się do wielkich niegodziwości, z całą pewnością korzysta z panującego w kraju chaosu, chętnie przekracza uprawnienia i bez żenady przyjmuje łapówki. Zataczające coraz szersze kręgi śledztwo w sprawie morderstwa wytrąca jednak Noredina z wygodnej pozycji konformisty i stawia przed skomplikowanym dylematem.

photo.title   photo.title   photo.title

Wątek wyboru bohatera, który musi jednoznacznie określić się jako kontestator albo poplecznik panującego systemu, nadaje "Morderstwu…" status kina politycznego. Jednocześnie wprowadza także do dzieła Saleha rys poetycki i pozwala dostrzec w sytuacji jednostkowego bohatera przyczynek do metaforycznego uogólnienia. Łatwo wyobrazić sobie przecież, że na zadawane sobie w duchu przez Noredina pytanie "Po której jesteś stronie?" w przededniu arabskiej wiosny musieli odpowiedzieć niemal wszyscy Egipcjanie. W ten sposób "Morderstwo…" – podobnie jak choćby pamiętne "Życie na podsłuchu" – zamieniłoby się na naszych oczach w opowieść o początku końca zbrodniczego reżimu. W obu przypadkach kluczem do powodzenia przemian okazał się nie sprzeciw bohaterskich opozycjonistów, lecz bunt "zwykłego człowieka". 

Różnica polega na tym, że o ile słynne dzieło Floriana Henckela von Donnersmarcka przedstawiało opisywane na ekranie wydarzenia z 20-letniego dystansu, o tyle Tarik Saleh postanowił złapać rzeczywistość na gorącym uczynku. Podczas oglądania "Morderstwa…" na każdym kroku czuć, że mamy do czynienia z filmem bolesnym, dotykającym wciąż jeszcze świeżych ran. W tym kontekście głos reżysera – rozumiany jako sprzeciw wobec poczucia bierności i bezrefleksyjnej akceptacji otaczającej rzeczywistości – wybrzmiewa jeszcze bardziej donośnie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (8głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
7/10
dobry