Spiżowe popiersie

recenzja kinowa
Choć chęć pokazania filmu jak najszerszemu gronu jest naturalnym pragnieniem twórców, nie wszystkim obrazom to służy. Kinowa dystrybucja chcąc nie chcąc narzuca kontekst odbioru, który może wyrządzić więcej krzywdy niż pożytku. Z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku dokumentu Rafaela Lewandowskiego "Z dala od orkiestry".


Film jest próbą przybliżenia widzom postaci Zygmunta Lubicza Zaleskiego. Był on historykiem literatury, poetą, publicystą, a przede wszystkim zasłużonym dla kultury działaczem na emigracji we Francji przełomu XIX i XX wieku. Propagował tam ideę wolnego państwa polskiego, co po zakończeniu I wojny światowej okazało się mieć znaczenie podczas konferencji pokojowej w Paryżu. Działał też na rzecz podtrzymania kultury polskiej podczas II wojny światowej, przez co trafił do obozu w Buchenwaldzie. Za swoją działalność otrzymał liczne odznaczenia zarówno w Polsce, jak i we Francji.

Niestety film Lewandowskiego jest typową hagiografią zrealizowaną "na zlecenie". "Z dala od orkiestry" nie pokazuje nam człowieka w pełnej krasie, z jego wadami i zaletami, z całym spektrum zdarzeń. Jego bohaterskość i wyjątkowość są aksjomatami. Stąd też dla twórców (i osób wypowiadających się w filmie) jest tak naturalne, że Zaleski "wielkim Polakiem był", iż nawet nie próbują rekonstruować procesu zdobywania przez niego pozycji autorytetu. Dla przykładu: fakt, że był związany z polską delegacją na konferencję pokojową w Paryżu, podawany jest niemal od niechcenia, jako coś tak oczywistego, że wręcz nie sposób sobie wyobrazić, by było inaczej. W dokumencie jest sporo wspomnień ludzi, którzy Zaleskiego znali. Ale wszystkie one składają się na portret jednostronny, a przez to mało osobisty.


Taka forma filmu nie dziwi, kiedy wziąć pod uwagę, że producentem "Z dala od orkiestry" jest fundacja założona przez Romaina Zaleskiego, syna Zygmunta Lubicza Zaleskiego. Dokument jest typowym reprezentantem formuły "hołdu filmowego". Jest to jednak ten rodzaj produkcji, która przeznaczona jest wyłącznie do użytku wewnętrznego, kiedy chce się pokazać korzenie fundacji, podkreślić ideologiczną pozycję organizacji. "Z dala od orkiestry", podpierając się autorytetem osoby, której nazwisko widnieje w nazwie fundacji, w jasny sposób nadaje jej tożsamość i historyczną wagę. Dla przypadkowego odbiorcy może to być jednak nieczytelne lub (co gorsza) nieistotne.

Wydaje się, że Lewandowski zdawał sobie sprawę z tego zagrożenia. Dlatego też próbował uatrakcyjnić wizualną formę dokumentu, by walory estetyczne przykuły uwagę tych widzów, których rozczaruje powierzchowność portretu Zaleskiego. I miejscami takie podejście zdaje egzamin. Gdzie indziej jednak tylko powiększa dystans między bohaterem dokumentu a widzami. Tak dzieje się przede wszystkim wtedy, kiedy czytane są teksty napisane przez Zaleskiego – deklamowane perfekcyjną polszczyzną, której słucha się z największą przyjemnością. Jest ona tak idealna, że wywołuje wręcz dumę z naszego języka i zachwyt nad jego wyjątkową melodyjnością. Nie jest to jednak polszczyzna, którą można usłyszeć na ulicy. To zaś prowadzi do tego, że Zaleski przestaje być postacią z krwi i kości, a staje się spiżowym popiersiem, ideą, symbolem abstrakcyjnego patriotyzmu. Kogoś takiego można doceniać, ale trudno się z nim identyfikować.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (3głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
4/10
ujdzie