M jak morderca (2017)

M jak morderca (2017)

Hangman

Sprawa zamknięta

recenzja kinowa
Twórcy "M jak Morderca" sprawiają wrażenie, jakby ostatnie ćwierć wieku spędzili przy obsłudze radaru na Kamczatce. Nie może być inaczej, skoro ten budżetowy thriller nawiedza ekrany po "Zodiakach", "Chopperach" i innych "Mindhunterach"; słowem – opowieściach o tym, że psychika seryjnych morderców jest nieco bardziej skomplikowana niż paczka gwoździ. Polski tytuł, nawiązujący przypadkowo do arcydzieła Fritza Langa, również filmowi nie służy – już w latach trzydziestych ubiegłego wieku było jasne, że atmosfera grozy to coś więcej niż ciemny pokój i posępna mina.    


Ponieważ trudno znaleźć oryginalniejszą motywację dla seryjnych mordów niż siedem grzechów głównych, zakapturzony psychopata grający z detektywami w wisielca wypada cokolwiek odtwórczo. Niezbyt inspirująco jest również po drugiej stronie prawa. Jeden detektyw z traumą jak stąd do wieczności, martwa żona, sprawca nieodnaleziony, klasyka. Drugi na emeryturze, stary wiarus, który widział o klika trupów za dużo, a teraz powraca wywołany do tablicy przez seryjnego dusiciela. Jest jeszcze tzw. "pierwiastek kobiecy", czyli w gorącej wodzie kąpana dziennikarka śledcza. Kiedy wiarus traktuje ją protekcjonalnie, ta wypala z dumą: byłam nominowana do Nagrody Pulitzera. Choć trudno w to uwierzyć, na tym kończy się jej psychologiczny portret. M jak masakra. 

I tak, tercet bohaterów o skumulowanych trzech cechach charakteru rusza tropem przebiegłego zbrodniarza. Ciała się mnożą, patolog ma pełne ręce roboty, zaś kolejne literki zbliżają śledczych do rozwiązania zagadki. Scenarzyści dwoją się i troją, by nas dobudzić, tu podrzucą pościg samochodowy, tam pieszą gonitwę. Nie robią jednak nic, by jakoś przełamać archaiczną konwencję: zaskoczyć widza, chociaż raz zaprowadzić go w ślepą uliczkę i walnąć obuchem po głowie, albo dla odmiany poczęstować humorem czarnym jak smoła. W "Siedem" Brad Pitt żartował z modus operandi psychopaty ("Głosy kazały mu to zrobić, pies mu kazał, Jodie Foster kazała"), ze swojego partnera i ze świata pozbawionego nadziei. W "M jak morderca" to bohaterowie i świat wydają się niezłym żartem.


Gatunkowo to w ogóle jest film z Nicolasem Cage'em, którego dla niepoznaki zastępuje Al Pacino. Obaj znajdują się na podobnym etapie kariery – albo spłacają długi, albo uwielbiają swój fach na tyle, by sprzedawać talent bez wyboru. Legendarny aktor miota się po ekranie, gestykuluje jak nawiedzony, z emfazą wypluwa słowa, które mógłby napisać Chandler, gdyby wypił o jedną szkocką za dużo. O wiele lepszy – nie wierzę, że do tego doszło – jest Karl Urban: nie zagrywa się, próbuje jakoś uwypuklić tekturową postać, nie wygląda na zblazowanego i rozleniwionego. Zaś na Oscara w ich własnej lidze zasługuje Sarah Shahi w roli przykutej do wózka pani kapitan policji. Jeśli z jednej strony mamy okrutną ironię, a z drugiej śmiertelną powagę, jej występ jest złotym środkiem.  

Postać grana przez Shahi uświadamia zresztą, że jest gdzieś w tym wszystkim o niebo lepszy film. Pomost pomiędzy krainą epigonów Davida Finchera a światem, w którym powaga nie musi równać się kliszom, a ironia – infantylizacji. Istnieją gatunki, od westernu po komedię kumpelską, które dzięki nostalgii wydają się owadem uwięzionym w bursztynie. Dreszczowiec o dwóch gościach z weltschmerzem raczej do nich nie należy. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (30głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
3/10
słaby