Nić widmo (2017)

Nić widmo (2017)

Phantom Thread

Toksyczny szew

recenzja kinowa
Paul Thomas Anderson jest jedynym pracującym dziś pierwszoligowym reżyserem amerykańskim, po którym naprawdę nie wiadomo, czego się spodziewać. Jego filmy są tak dziwaczne i bezczelne w swych dysharmoniach, że nie ma w nich miejsca na rutynę. "Wada ukrytazagęszczała fabułę postnoiru Thomasa Pynchona do takiego stopnia, że wkraczaliśmy w rejestr surrealistyczny. "Lewy sercowydekonstruował komedię romantyczną i zmieniał ją w grę elementów równie wolną, jak plamy na płótnie Pollocka

Na tym tle "Nić widmo" – ósmy, najnowszy pełny metraż Andersona – jawi się na pierwszy rzut oka jako szacowne kino kostiumowe, i to w sensie podwójnym. Nie tylko jesteśmy w nim olśniewani noszoną przez bohaterów garderobą – drobiazgowo odtwarzającą modę lat 50. XX wieku przez nominowanego do Oscara Marka Bridgesa – ale głównym motywem całości jest właśnie proces projektowania i szycia ekskluzywnych kolekcji.

Bohaterem jest Reynolds Woodcock (Daniel Day-Lewis, celujący w czwartego Oscara i zapowiadający, że "Nić widmo" zamyka jego aktorską karierę). Ów perfekcjonista i obsesjonat sztuki krawieckiej o nieprzypadkowym nazwisku (wood to drewno, cock to penis) ukazany jest przez Andersona jako swoisty kapłan swego rzemiosła, obcujący na co dzień z najdelikatniejszymi materiałami świata, a jednocześnie paraliżujący otoczenie oschłością z nutą socjopatii (gdyby bohaterka "Uczty Babette" miała dziecko z Fletcherem z "Whiplash", byłby to właśnie Woodcock). I nawet jeśli wzorem przy tworzeniu tej postaci przez Andersona i Day-Lewisa (którego wkład w scenariusz był ponoć ogromny, mimo braku nazwiska w czołówce) był legendarny Cristóbal Balenciaga (1895-1972), to "Nić widmo" rozgrywa się w uniwersum równoległym wobec naszego, gdzie podobne koincydencje nie mają większego znaczenia.

Idealnie zorganizowane życie zawodowe i erotyczne bohatera, administrowane w dużym stopniu przez jego siostrę o dwupłciowym imieniu Cyril (Lesley Manville), ulega zakłóceniu wraz z zaproszeniem doń kelnerki imieniem Alma (Vicky Krieps); być może Żydówki z Europy Wschodniej. O ile w pierwszej scenie domowego śniadania Reynolds odmawia Cyril lukrowanego pączka, brzydząc się ociężałością węglowodanów ("Nie chcę jeść niczego, co mnie zamula"), o tyle jedno spojrzenie na pracującą w nadmorskim pensjonacie Almę owocuje najbardziej rozbuchanym zamówieniem śniadaniowym w dziejach kina, w którym tłuszcze, mąki i cukry mieszają się ze sobą bez opamiętania. Stary szekspirowski wyga Day-Lewis wygłasza owo zamówienie z lubością, zupełnie jakby deklamował któryś z monologów Hamleta – a kiedy kończy litanię pyszności frazą: "…oraz kiełbaski", nie mamy wątpliwości, jaki rodzaj łaknienia najdotkliwiej dręczy jego bohatera.

Wpuszczenie Almy do świątyni perfekcji nie obywa się bez tarć i wstrząsów. Kobieta jest zszokowana aseptycznością domostwa Woodcocków, a mężczyzna postrzega nową muzę jako tyleż fascynującą, co irytująco niesubordynowaną. Objawia się to najpełniej w scenach kolejnych wspólnych posiłków – Alma je tak głośno, że symfonia jej siorbania, mlaskania, plusku nalewanej wody i skrobania noży o grzanki staje się dla Andersona wybornym komicznym lejtmotywem. (Woodcock kwituje niezamierzone transgresje Almy serią piorunujących spojrzeń i lakoniczną skargą: "Za dużo w tobie ruchu"). 

Jako że uparte próby uszczęśliwiania Reynoldsa przez Almę spotykają się z coraz to gwałtowniejszym oporem (i karczemną awanturą za smażenie szparagów w maśle zamiast na oliwie), kobieta sięga po środki bardziej radykalne, których natury w krótkiej recenzji zdradzić nie wypada. Dość powiedzieć, że służą one metodycznemu zmąceniu harmonii duszy i ciała Reynoldsa do tego stopnia, by odżyły w nim niemowlęce odruchy łaknienia i potrzeby opieki (dotychczas wyparte i wysublimowane w kierunku zmarłej i ubóstwionej ponad wszelką miarę matki, której włosy syn do dziś zaszywa w zakładkach swych ubrań jako swoiste edypalne talizmany).

"Nić widmo" jest gotycką, postlacanowską komedią o erotycznej represji i męskim autyzmie, rozegraną jako kostiumowa halucynacja skrojona z równym pietyzmem, co dowolna z sukien Woodcocka. Anderson, który zawsze miał problem z postaciami kobiecymi (wystarczy przypomnieć sobie gang siedmiu dominujących sióstr bohatera "Lewego sercowego" tudzież niemą furię, z jaką reaguje na pytania o matkę bohater Toma Cruise’a w "Magnolii"), w najnowszym filmie po raz pierwszy mierzy się z kobiecością – i rozdziela ją na trzy pierwiastki, zadziwiająco zbieżne z teoriami Carla Gustawa Junga. Cyril to animus (pierwiastek męski w kobiecie), Reynolds to anima (pierwiastek kobiecy w mężczyźnie), a Alma to kobiecość czysto biologiczna, w naturalny sposób dążąca do odbudowania matriarchatu przez kastrację mężczyzny i jego symboliczne usynowienie.

Mimo że w całej "Nici widmo" nie ma ani jednej sceny seksu, to i tak jest to najbardziej erotyczny jak dotąd film Andersona. Zarówno zdjęcia (jego własnego autorstwa) skupione na zmysłowej fakturze świata fizycznego, jak i szarpiąca nerwy (a jednak liryczna!) ilustracja muzyczna Johnny’ego Greenwooda sugerują pulsowanie libido pod uładzoną powierzchnią angielskiej flegmy. Do tego dochodzą oczywiście freudowskie obrazy igieł przekłuwających rozmaite materie, włącznie z symbolicznym ujęciem palca wkładanego w rozerwaną tiulową koronkę – a także znaczący tytuł, odnoszący się do gwary londyńskich krawcowych ery wiktoriańskiej, opisujących uczucie trzymania nici w palcach w wiele godzin po zakończeniu pracy (ten szczegół zawdzięczam esejowi Jamesa Bella z "Sight & Sound", nr 2/18). Cały film opowiada o dojmującym braku, wokół którego krystalizują się struktury pożądania.

Anderson, który czyni w tym filmie pełne rewerencji gesty zarówno w stronę Hitchcocka ("Rebeka" cytowana jest wręcz bezwstydnie), jak i Davida Leana (scena karnawału to cytat z "Namiętnych przyjaciół") i Michaela Powella ("Czerwone trzewiki"!), tworzy zarazem dzieło całkowicie oryginalne. Ten geniusz kina współczesnego po raz pierwszy nakręcił film dziejący się poza Stanami Zjednoczonymi (a nawet: poza jego rodzinnym Zachodnim Wybrzeżem), po raz pierwszy oddał stery opowieści kobiecie – i po raz pierwszy zbliżył się do narracyjnej elegancji krótkiego opowiadania z perwersyjnym twistem, sugerującym dekadencki sznyt à la Stefan Zweig. Gdyby nie fakt, że w kontekście tego filmu każda metafora musi wywołać błyskawiczne skojarzenia seksualne, powiedziałbym krótko i prosto: jest to film, że palce lizać.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (124głosy).
Michał Oleszczyk
ocenia ten film na:
10/10
arcydzieło!