Kształt wody (2017)

Kształt wody (2017)

The Shape of Water

What is human?

recenzja kinowa
To, że Guillermo del Toro jest mistrzem w tworzeniu filmów w baśniowym stylu, wiadomo nie od dziś. Przedsmak jego talentu mogliśmy ujrzeć już w Labiryncie fauna i wydaje mi się, że to właśnie ten film względem fabuły i klimatu jest najbardziej podobny do Kształtu wody. Uważam, że jest również najlepszym filmem Guillermo del Toro od czasu właśnie tego dzieła. Zdaje się, że świetnie wychodzi mu przekładanie baśni na filmową taśmę i, że to tego właśnie powinien się trzymać, aby uniknąć kryzysów finansowych i fiask jak w przypadku jego poprzednich filmów. 

photo.title

Film opowiada o miłości Elisy (Sally Hawkins) do tajemniczego, wodnego stworzenia (człowieka? tę rozterkę spróbuję wytłumaczyć nieco dalej), który został złapany gdzieś w morzu w rejonach Ameryki Południowej poprzez amerykańskie wydziały śledcze. Nie brakuje oczywiście elementu wschodniego szpiegostwa i krytycyzmu wojska amerykańskiego, który najchętniej pociąłby usidloną w ich laboratorium istotę na kawałki. Ale to wszystko wydaje się być mało znaczącym tłem dla historii miłości, w jaką wciąga się osamotniona, niema sprzątaczka, kiedy poznaje swojego osobliwego ukochanego (Doug Jones). Bo to właśnie miłość jest tu słowem kluczem. Czy nie jest to uczucie, który łączy wszystkie żyjące istoty, niezależnie od tego czy są trochę bardziej ''ludzkie'' lub trochę mniej? To pytanie wydawał się zadać nam Guillermo del Toro, serwując nam ''Piękną i bestię'' w nieco bardziej osobliwym stylu. Jednakże dziwactwo kochanka  Elisy stawiam na drugim miejscu - przede wszystkim uważam tego tajemniczego humanoida za genialną metaforę miłości zakazanej. Ukochany Elisy wydaje się jedynie przenośnią, skłaniającą nas do postawienia sobie pytania - czym tak naprawdę jest człowiek? Czy nasze życie jest sumą naszych preferencji, czynów i zdolności, które nie są znane innym gatunkom w świecie zwierząt czy człowiek zaczyna się tam, gdzie rodzi się uczucie, gdzie pojawia się przejaw jakiejś emocji?

Ale, o dziwo - to nie Elisa i jej ukochany są najważniejszymi bohaterami w filmie. Stawiałbym raczej na Zeldę - czarnoskórą sprzątaczkę, i Gilesa - homoseksualistę, który uważa, ze urodził się albo dużo za wcześnie, albo dużo za późno. Guillermo del Toro stara się nam ukazać, jak brutalnymi czasami są lata sześćdziesiąte, gdzie humanoid ma jedynie parę praw mniej i parę szans więcej na to, że zostanie poćwiartowany i zamordowany niż niewdzięczna, czarnoskóra służąca i flirtujący homoseksualista. Elementy rasistowskie i homofobiczne wydają się odgrywać tu ważną rolę, choć nie są ''nadwyeksponowane''. Twórca scenariusza postawił raczej na drobne docinki, które zostały przekazane bohaterom przez usta Richarda Stricklanda (w tej roli niesamowity Michael Shannon): ''Zostaliśmy stworzeni na boskie podobieństwo'', (po czym zwracając się do Zeldy, dodaje): ''choć wydaje mi się, że to mi bliżej do tego podobieństwa niż tobie''. Czujemy więc narastające napięcie i to, jak cudownie było być uprzywilejowanym, białym mężczyzną w wieku trzydziestu lat. To właśnie ten typ mężczyzny każe wyjść Gilesowi (Richard Jenkins) z kawiarni, kiedy ten, zbierając się na odwagę, w końcu usiłuje go poderwać.

photo.title   photo.title   photo.title

Według Guillermo del Toro - ''If we do nothing neither are we'' - nie robiąc niczego, jesteśmy niczym. Jest to w pewien sposób hołd oddany wszystkim osobom, które uważając się za pojedyncze, nic nieznaczące jednostki, walczyły w licznych protestach, dzięki czemu przyczyniły się do nadania należytych praw osobom ciemnoskórym i homoseksualnym. Rok 1962 też nie jest przypadkowy. Jest to niedługo po sławnym ''Montgomery bus boycott'' i zwycięstwie Rosy Parks. To właśnie w 1962 roku w stanie Illinois w Stanach Zjednoczonych zdelegalizowano stosunek płciowy między osobami tej samej płci. I to w końcu w latach sześćdziesiątych zabity został Martin Luther King, choć stało się to odrobinę później. Według Guillermo del Toro, lata sześćdziesiąte to upadek starej moralności, śmierć ''American dream'', które zostaje zastąpione stopniowym ''American nightmare'' (przynajmniej dla białych, uprzywilejowanych, heteroseksualnych mężczyzn), poprzez nadanie praw ''odmieńcom''.

Zakończenie - podobnie jak w "Labiryncie fauna" - otwarte. Nie wiemy, jak dokładnie kończy się ten film. Nie wiemy, czy dalsze życie Elisy to raczej życzenie narratora, czy też może realny fakt. Na końcu, zupełnie tak szybko, jak się pojawiają, znikają elementy baśni - humanoid znika, a my zostajemy sami z Elisą i Gilesem, i ich problemami, zupełnie tak, jakby Guillermo del Toro chciał nas rzucić w ramiona okrutnego świata rzeczywistości. Twórca zdaje się wręcz nam kazać porównać miłość Elisy i jej ukochanego do sytuacji homoseksualistów czy osób o odmiennym kolorze skóry w świecie złudnego ''American dream'' lat sześćdziesiątych. Czym jest wtedy człowiek?

Gra Sally Hawkins na najwyższym poziomie. Świetnie wczuła się w rolę zagubionej i zakompleksionej Elizy. Rozczuliłem się nieco, kiedy usłyszałem, jak opowiada o swoim ukochanym i o tym, że ten nie widzi jej ułomności - widzi ją taką, jaką ona chce być widziana. Dawno nie widziałem oczu tak pełnych miłości, scen seksu tak subtelnych i pięknych, że niemal wydających się moralnymi. Natomiast to przy Octavii Spencer pojawia się u mnie większy problem - wydaje się niemal, że to żywcem wyjęta Minny Jackson ze "Służące (2011)Służących". Gra - niezbyt zaskakująca, wydaje się być niemal kalką z poprzednich filmów pani Spencer. Również wierną kopią - szczególnie jeśli chodzi o ruchy i sposób poruszania - wydaje się być ukochany Sally, który porusza się równie niezdarnie, co swój bajkowy pobratymiec w Labiryncie Fauna. Warto jednak zwrócić uwagę na świetny klimat filmu, który został spotęgowany głównie poprzez użycie kolorów - zieleni i błękitu. Wielbiciele baśni i ''klasycznego'' Guillermo (albo przynajmniej ci, którzy oglądali tylko ten film) nie powinni się zawieść.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 53% uznało tę recenzję za pomocną (30głosów).
Jarevas
ocenia ten film na:
7/10
dobry