Wszyscy moi mężczyźni (2017)

Wszyscy moi mężczyźni (2017)

Home Again

Wszyscy kochają Reese

recenzja kinowa
Oglądając "Wszystkich moich mężczyzn", trudno uwierzyć w to, że Reese Witherspoon jest jedynie gwiazdą tego filmu. To wręcz nieprzyzwoite, jak bardzo wszystko podporządkowane zostało aktorce. Gdyby istniał gatunek "komedie z Reese Witherspoon", to "Wszyscy moi mężczyźni" byliby jego wzorcowym przykładem.


Aktorka wciela się tutaj w Alice Kinney. Kiedy ją poznajemy, jest w separacji i wraz z dwiema córkami przeniosła się do rodzinnego domu w Los Angeles. Dziewczynki zaczynają nową szkołę, a ona sama właśnie świętuje kolejne urodziny. Impreza nie przebiega zgodnie z planem. Kolacja z przyjaciółkami zmienia się w szaloną zabawę, kiedy dosiadają się do nich trzej młodzi przybysze z Nowego Jorku, którym marzy się kariera filmowa w Hollywood. Po ostro zakrapianej nocy trzech młodych mężczyzn zasypia w domu Alice. Tak zaczyna się nowy rozdział w życiu bohaterki. Harry, George i Teddy wprowadzą chaos i skomplikują codzienną egzystencję Alice, ale pozwolą jej też na nowo ocenić, czego jej potrzeba, od czego powinna się uwolnić i o co musi walczyć do upadłego.

Dla Hallie Meyers-Shyer "Wszyscy moi mężczyźni" są debiutem reżyserskim. Co niestety mocno daje się odczuć. W filmie trudno doszukać się jej własnego głosu twórczego. Meyers-Shyer wyraźnie podpiera się autorytetami bardziej znanych i rozpoznawalnych od siebie osób. To właśnie dlatego nadużywa Reese Witherspoon koncentrując się wyłącznie na jej postaci, czyniąc z reszty tło lub w najlepszym wypadku satelity krążące wokół niej po mocno przewidywalnych orbitach. Alice jest też kwintesencją wszystkich komediowych postaci granych przez Reese. To wciąż urocza trzpiotka, która wpada w tarapaty za sprawą nieprzemyślanych decyzji. Ponieważ jednak stanowi dojrzalszy wariant, dodano jej kilka scen, w których może przesadzać nadmierną pedanterią. Reese nie oszczędza też mięśni twarzy, czarując uśmiechem w co drugiej scenie. I oczywiście, niezależnie od warunków, jaśnieje za sprawą perfekcyjnego makijażu. Jeśli jesteście fanami aktorki, to będziecie filmem zachwyceni.


Niestety na takim podejściu reżyserki stratni są tytułowi mężczyźni. Bohaterowie mieli potencjał, by zaciekawić widzów jako postacie funkcjonujące autonomicznie. Jednak Meyers-Shyer wolała wykorzystać ich wyłącznie jako impulsy pchające główną bohaterkę w pożądanym fabularnie kierunku. Michael Sheen zdołał się jakoś obronić. Wieloletnie doświadczenie pozwoliło mu nadać granej przez siebie postaci pozory wielowymiarowości. Nieźle wypadł również Jon Rudnitsky, głównie dlatego, że grany przez niego George jest zepchnięty na drugi plan, a jednocześnie ma na tyle ciekawą konstrukcję, że wybija się z tła. Ale już domyślny przystojniak filmu – Pico Alexander – mocno tracił. Jego maniera idealnie sprawdziłaby się w telewizji. Grając tak, jak grał we "Wszystkich moich mężczyznach", spokojnie byłby gwiazdą niejednego sitcomu. Na dużym jednak wypadał sztucznie i trudno nie było odnieść wrażenia, że jego Harry jest trochę na siłę wpychany przez reżyserkę w objęcia głównej bohaterki. Niewiele lepiej ma się sytuacja Nata Wolffa, którego Teddy jest najzwyczajniej w świecie postacią zbędną.

Sam film jest jak jego męscy bohaterowie: sympatyczny, ale niezapadający w pamięć. Jedyne, co udało się Hallie Meyers-Shyer, to stworzenie opowieści, która nie irytuje widzów. Głównie dlatego, że wszystkie decyzje formalne są kopią tego, co w swoich filmach robiła matka Meyers-Shyer, Nancy Meyers (która zresztą jest producentką "Wszystkich moich mężczyzn"). Córka w korzystaniu z doświadczeń matki jest na tyle sprawna, że całość można spokojnie obejrzeć bez żalu. Ale też nie ma tu nic, co warto byłoby zachować w pamięci na dłużej. Jest to więc idealny tytuł na niezobowiązującą wyprawę do kina podczas dnia spędzanego na zakupach w galerii handlowej. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (15głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
5/10
średni