Song to Song (2017)

Song to Song (2017)

The song remains the same

recenzja kinowa
"Gram na całego, nagle odwracam się do kamery, a tu Terry filmuje żuka" – tak wspominał niedawno Michael Fassbender pracę na planie "Song to Song". Łatwo usłyszeć w tej anegdocie – żartobliwy, ale jednak – wyrzut aktora do reżysera. Nie od dziś wiadomo przecież, że Malick potrafi bez skrupułów porzucać na podłodze montażowni całe wątki – a wraz z nimi całe role. W ostatecznej wersji jego najnowszego filmu nie zmieścili się m.in. Benicio Del Toro, Christian Bale czy Boyd Holbrook, choć byli na planie i zapewne razem z Fassbenderem grali na całego. Ów odwrót od aktora można zrozumieć jako odwrót od emocjonalnej prawdy, od prozy życia, które Malick woli zastąpić poezją, tańcem współczesnym w pomieszczeniach i kosmicznymi odlotami. Ale w tej twórczej metodzie równie łatwo zobaczyć pasję artysty gotowego pochylać się nad światem i zachwycać nim w jego najdrobniejszych przejawach. Terry filmuje żuka – ktoś rozpozna w tym geście grafomana, ktoś inny geniusza. To jednak stara śpiewka o Malicku. Kto oczekuje jakiegoś nowego otwarcia w jego filmografii, ten się zawiedzie. "Song to Song" podzieli widownię, jak podzieliło ją "Drzewo życia" czy "Rycerz pucharów". Ale linia demarkacyjna może się delikatnie przesunąć.


Wychodząc z sali kinowej, słyszałem w tłumie słowo-klucz "pretensjonalny", wyłapałem niepochlebne porównania do późnego Zanussiego, czułem w powietrzu grupową ulgę, że wreszcie się skończyło. Zresztą już podczas seansu widzowie mniej odporni na ujęcia patrzącego w dal Ryana Goslinga salwowali się ucieczką. Z każdym kolejnym filmem Malicka powtarza się podobna sytuacja. Sam miałem mieszane uczucia po obejrzeniu "Rycerza pucharów", który wydawał mi się wyrastać raczej z twórczej pychy niż twórczej pasji. Zwyczajowy Malickowy zachwyt dziełem stworzenia szedł tam ręka w rękę z protekcjonalnym kaznodziejskim tonem – inkrustowanym dodatkowo cytatami z "Wędrówki pielgrzyma" i symboliką Tarota. W "Song to Song" zamiast kazań są jednak raczej pytania, purytańską alegorię zastępuje religia rockn'rolla, a tarotową tabula rasę postaci Christiana Bale'a – bohaterka z krwi i kości. Czy raczej: z krwi, kości, powietrza, tęsknych spojrzeń i konfesyjnych monologów. Malick to wciąż Malick.
 
Podobnie jak w "Rycerzu pucharów" twórca pochyla się w "Song to Song" nad współczesnością. Filmowy światek Los Angeles zastąpiła scena muzyczna Austin w Teksasie, ale ikonografia pozostaje ta sama: piękne twarze zagubione w pięknych przestrzeniach. Malick, stary mędrzec, patrzy na dwukrotnie młodszych od siebie ludzi, próbując zrozumieć ich bóle i rozterki. Człowiek z lat 70. wybiera się na współczesny odpowiednik festiwalu Woodstock, włącza kamerę i obserwuje. Widzi świat pełen sprzecznych bodźców; płynną, rozproszoną rzeczywistość, gdzie pożądanie i ekscytacja przychodzą w parze ze smutkiem i depresją. Mamy tu klęskę urodzaju: wszystko jest na wyciągnięcie ręki, ale też wszystko już było. Świat wchłonął nawet Malickowskie manieryzmy: monologi wewnętrzne jego bohaterów przypominają przecież blogerski słowotok, a fascynujące krajobrazy chwytane jego kamerą – instagramową konfekcję. 


Próbująca zaczepić się w przemyśle muzycznym Faye (Rooney Mara) miota się między kolejnymi impulsami, między kolejnymi facetami: wrażliwym muzykiem BV (Ryan Gosling) a cynicznym producentem Cookiem (Michael Fassbender). Zmienia fryzury, style życia, zawody. Film otwiera jej wyznanie: "przeszłam przez okres, w którym seks musiał być brutalny". Potem Fay stwierdza z żalem: "myśleliśmy, że można po prostu wciąż się toczyć i upadać, żyjąc od piosenki do piosenki, od pocałunku do pocałunku". Spektrum dostępnych tożsamości, ścieżek, rozpościera się między drapieżnym seksem a romantyczną miłością, mamiąc, kusząc, otępiając. Wokół roi się od showbiznesowych diabłów, a jedyne potencjalne autorytety, idole rocka, wydają się zniszczeni, zamrożeni w dawnych pozach. To prorocy rewolucji lat 70., którzy dziś są zaledwie cieniami samych siebie sprzed lat: zdziadziały Iggy Pop, babcina Patti Smith, rozgrymaszony John Lydon. Zrozumiałą reakcją na taki stan rzeczy jest konfuzja, zagubienie Faye. Malick opowiada więc o utknięciu w fazie larwalnej, o poczwarce, która nie może zdecydować się, jakim motylem zostać. 

I choć brzmi to jak garść stereotypów, jak lament odklejonego starca nad "upadkiem obyczajów", Malick zbawia swoje diagnozy stylem opowiadania. Gdyby próbować streścić komuś fabułę "Song to Song", wyszłaby z tego jakaś melodramatyczna klisza o miłosnym trójkącie i tak zwanych "problemach pierwszego świata". Reżyser odrzuca jednak szkielet kinowej narracji, wszystkie te scenariuszowe "drabinki" i czyste, eleganckie podziały na sceny, akty, sekwencje. Dramaturgię zastępuje u niego wrażeniowość, muzyczność, przepływ wolnych skojarzeń, które ładnie rymują się z wizją "przebodźcowania" świata. Nie interesują go realizm, psychologia, socjologia. Dlatego odtwórców głównych ról zmusza do porzucenia funkcji zwykłych "podawaczy dialogów", robi z nich awatary, media. Nikt zresztą nie filmuje swoich aktorów z taką czułością na fakturę skóry, kształt ciał i mimikę, co autor "Drzewa życia" i jego operator Emmanuel Lubezki. Kamienna twarz Goslinga i posągowość Fassbendera są tu jak znalazł. Najlepsza jest jednak Mara, która pięknie "uziemia" Malickowe odloty. Jej naturalnie chłodna ekspresja pozwala uniknąć pułapki przesadnego wzruszania się do kamery, pułapki emocjonalnej tandety. Gdyby nie ten ludzki element, ów wszechwiedzący, świątobliwy punkt widzenia mógłby trącić kiczem. 


Oczywiście, Malick wymaga od widza zgody na pewien stopień niedzisiejszej powagi, obecnie bardzo podejrzanej, łatwej do wykpienia. Kręci kino odwołujące się do skompromitowanych wartości – prawdy czy piękna; kino posągowo nieironiczne, w pewnym sensie konserwatywne i staroświeckie. Wymaga od nas zaufania, poddania się. W filmie raz za razem powraca obraz kogoś, kto zawisa na drugiej osobie, powierzając jej ciężar swego ciała. Przypomina to klasyczne ćwiczenia na testowanie wzajemnej ufności. Malick wyciąga do nas rękę i pyta, czy damy mu się unieść. Nic dziwnego, że pierwotny tytuł "Song to Song" brzmiał "Weightless" ("nieważki"/ "nieważcy") i odsyłał do cytatu z "Fal" Virginii Woolf: "Jakże mam teraz iść dalej, zapytałem, pozbawiony jaźni, nieważki i ociemniały, przez świat nieważki, bez złudzeń?". Jeśli ktoś nie znajdzie klucza do "Song to Song" w samych słowach Woolf, to może odnajdzie go w jej stylu. Kto czuje opór wobec maniery Malicka, może zmięknie, gdy zobaczy w niej filmową wersję Woolfowskiego strumienia świadomości. Zwłaszcza tego z "Fal", gdzie monologi zagubionych w świecie bohaterów zlewają się w jeden wspólny, poetycki nurt. Ktoś powie: maniera, ja powiem: konsekwencja. Jak u Led Zeppelin, "the song remains the same". Piosenka Malicka się nie zmienia. Ale wciąż warto jej słuchać. 

(Co ciekawe, w filmie podobno miał wystąpić legendarny wokalista Led Zeppelin, Robert Plant. Niestety, najwyraźniej skończył na podłodze montażowni, razem z Del Toro i Bale'em. Terry wybrał jednak żuka.)
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (78głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
7/10
dobry