CANNES 2018: Recenzujemy "Hana Solo"

  • Relacja
Dawno dawno temu, w odległej galaktyce, czyli na festiwalu w Cannes, premierę miała wczoraj długo oczekiwana superprodukcja "Solo. Gwiezdne wojny – historie". Jak twierdzi Michał Walkiewicz, moc jest w niej (umiarkowanie) silna. Adriana Prodeus tymczasem wybrała się na najnowszy film Gaspara Noégo ("Love", "Nieodwracalne") – taneczny horror "Climax".

solo-star-wars-trailer_1523250918568.jpg

Solo, czyli w towarzystwie ("Solo. Gwiezdne wojny – historie", reż. Ron Howard)

Możecie odetchnąć z ulgą. Młodość kosmicznego awanturnika wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobrażaliście. Pełna jest buńczucznych okrzyków, podwójnych blefów i nadrabiania miną. Zaś film o przygodach nieopierzonego Hana Solo to rozrywka sfastrygowana pod gust wieloletnich fanów gwiezdnowojennej sagi. Zaskakująco dojrzała i niewystarczająco szalona. Nakręcona po bożemu, lecz bez bożej iskry.

Film zaczyna się jak Hitchcock i Godard przykazali. Już w prologu mamy dziewczynę, blaster i dwa pościgi, później zaś napięcie rośnie. Hana (Alden Ehrenreich) poznajemy w momencie, gdy wraz z ukochaną Qi'Rą (Emilia Clarke) próbuje dać nogę z planety Corellia, gdzie zniewoloną biedota ledwo zipie pod mafijnym butem. Jako że plan to lista rzeczy, które się nie udają, po paru dramatycznych ucieczkach i kilku wymianach ognia, bohater ma już nowych znajomych i nową misję. Od jej powodzenia nie będzie zależeć los wszechświata, lecz możemy być pewni, że ktoś w galaktyce zbiednieje. Jak Han zdobył swoją broń? Dlaczego zaciągnął się do imperialnej akademii? W ile parseków naprawdę pokonał trasę na Kessel? Wszystko w swoim czasie. Z pierwszej ręki.

Chociaż Alden Ehrenreich nie robi zbyt wiele, by zapewnić Harrisonowi Fordowi bezsenne noce, młody aktor nie ma również powodów do wstydu. Jego Han jest arcymistrzem dobrej miny do złej gry, a w gruncie rzeczy częściej gada niż działa. Z twarzy świecącej blaskiem klasycznych gwiazd kina bije pewność siebie, lecz wystarczy jedna groźba, by obnażyć równie fotogeniczny strach bohatera. Kiedy Solo przechwala się, że zostanie najlepszym pilotem w galaktyce, czekamy tylko na to, aż rzeczywistość zweryfikuje jego wyobrażenia. Gdy straszy kogoś i wybałusza oczy, możemy być pewni, że nie ma żadnego asa w rękawie. To z jednej strony dość oczywisty pomysł na tę postać, z drugiej – jednak trochę zaskakujący w kontekście tego, jak mocno Han jest tu definiowany przez relacje przyjacielskie i miłosne z Qi'Rą oraz swoimi kumplami po fachu. Z chwilą pojawienia się na ekranie starych, dobrych znajomych - Chewbacki oraz dandysowatego Lando Carlissiana (rewelacyjny, balansujący na granicy autoironii Donald Glover) – bal maturalny rozkręca się na dobre. Twórcy wykorzystują naszą wiedzę o uniwersum i pozostawiają sporo między słowami, zaś scena, w której Chewie i Han odstawiają swoją wersję "Ucieczki w kajdanach", to zarazem piękny slapstick i wzruszający bromance.

Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ.


Śmiech do szaleństwa ("Climax", reż. Gaspar Noé)

Gaspar Noé przyzwyczaił nas do tego, że kino może być ekstatycznym doświadczeniem. Nie inaczej jest i tym razem, tyle że wreszcie zdecydował się zabawić gatunkiem horroru, i to w sposób niezwykle frywolny, wyśmiewając wszystkie jego klisze i tabu. Pod tytułem "Climax", który reżyser do końca trzymał w tajemnicy nawet przed producentami, aby nikomu nie zrobić nadziei na filmowy orgazm, kryje sie jego najlżejszy i najbardziej zaimprowizowany film. Nakrecił go w równo dwa tygodnie wraz z grupą tancerzy, wyłowionych z klubów voguingowych, ze swoistych pojedynków krump dance oraz z kanałów waackingowych w internecie. Bez dialogów, z jedną zafiksowaną choreografią Sofii Boutelli (tancerki hip-hopowej, występującej m.in. w "Star Trek: W nieznane" czy "Atomic Blonde"), grającej tu główną rolę Selvy, wyzyskał do cna energię płynącą z działań grupy utalentowanych performerów, odważnie poczynających sobie ze swoimi młodymi i elastycznymi ciałami. Erotyczna energia wręcz rozsadza ich występy i tym razem Noé wcale nie potrzebuje scen rozbieranych, żeby wzmagać pożądanie. Szczegółowe rozmowy dwóch czarnych chłopaków o seksie wystarczą, żeby wyobraźnia zaczęła pracować, nie trzeba pokazywać tych samych scen na ekranie. Nic dziwnego, że tancerze stali się idealnym materiałem dla reżysera, który za pomocą dwudziestoosobowej obsady, zdolnej do wykonania bez wysiłku skomplikowanych ewolucji, stworzył dwuznaczny obiekt horroru: kuszący, podatny na zranienie, a zarazem szybko wracający do formy. A nade wszystko taki, co łatwo pogrąża się w rozpadzie na pojedyncze członki.

images-w1400.jpg

Pokawałkowanie ciał widać już w pierwszej sekwencji tanecznej, gdy elementy break-dance, electro dance i akrobatyki zmieniają fizyczny kształt tańczącej osoby w rozkręcony mechanizm, wyglądający, jakby zaraz miał rozerwać się na części. Ten obraz powraca jeszcze dobitniej pod koniec filmu: wtedy to, co rusza się na parkiecie, bardziej niż człowieka przypomina już lalkę Hansa Bellmera. Pierwszy zbiorowy układ ciał może jeszcze odsyłać do układów, jakie znamy z filmów tanecznych. Lecz kolejny, filmowany z góry w kręgu tańczących, wygląda już jak szybko zmieniający się wzór w obracanym szybko kalejdoskopie z oczkami drinków, lśniącymi w dłoniach tańczących jak kolorowe kryształki. I to właśnie ten napój – sangria, przygotowana na domówkę dla gości, stanie się gwoździem do trumny radości życia, wyzwalając psychotyczną energię.

Dotychczasowe filmy Noégo pokazywały doświadczenie tripowe od wewnątrz, oczyma dryfującej w nicość jednostki. Tu naćpanych bohaterów widzimy z zewnątrz, bez dostępu do ich świadomości, w żałosnej padaczce, potknięciu i rozkroku. Kulawe danse macabre staje sie coraz bardziej przejmujące, gdy tylko ciała tracą swą odrębność, zwartość, doskonałość. Do tańca rusza wreszcie dj Daddy (Kiddy Smile), otyły czarny chłopak z blond burzą włosów godną Violetty Villas, ubrany w szkocką minispodniczkę. Wszyscy, którzy jeszcze ocaleli, chcą się teraz zabić albo ukryć przed samymi sobą w dowolnym, sąsiednim ciele. Scena, gdy Selva wkłada pazurzaste dłonie pod rajstopy na udach i zaczyna krzyczeć, uderzona ich obcością godną stwora z horroru, to może jedyny sygnał tego, jakiej entropii doznają tu obecni. Dzięki psychicznemu oddzieleniu od nich jako podmiotów koszmaru bawimy się ich poplątanym krokiem, kipiącą energią chaosu, która obejmuje kolejne poziomy przestrzeni. Noé umie sprawić, że atmosfera rozpadu staje się coraz bardziej zabawna. Gazelle (Giselle Palmer) przestaje być beztroską lolitką, toczy pianę z ust, a jej faceci dobijają siebie nawzajem. Kilkuletni Tito, synek gospodyni, po wypiciu zatrutej sangrii zostaje zamknięty przez matkę w transformatorze elektrycznym i gdy dostaje zakaz dotykania czegokolwiek, a matka gubi klucze od żelaznej skrzynki, satyra naprawdę zaczyna szczytować. To o wiele mocniejsza przemoc wobec tabu niż choćby w niedawnym "Uciekaj!".    
 
Całą recenzję Adriany Prodeus przeczytacie TUTAJ.

Powiązane:

Zobacz też:

EXCLUSIVE: Zabawa trwa we fragmencie filmu "Climax"

EXCLUSIVE: Zabawa trwa we fragmencie filmu "Climax"

WIDEO: Przypominamy nasz wywiad z reżyserem filmu "Climax"

WIDEO: Przypominamy nasz wywiad z reżyserem filmu "Climax"

"Han Solo: Gwiezdne wojny - historie" na Blu-ray i DVD

"Han Solo: Gwiezdne wojny - historie" na Blu-ray i DVD

Siedem box-office'owych wspomnień o filmowym lecie

Siedem box-office'owych wspomnień o filmowym lecie

NOWE HORYZONTY 2018: Małe Cannes

NOWE HORYZONTY 2018: Małe Cannes