Król Lew (1994)

Król Lew (1994)

The Lion King

Opus magnum disneyowskiej animacji

"Król Lew" to bez wątpienia szczytowe osiągnięcie animacji Disneya, a przy tym jeden z najwybitniejszych filmów animowanych w ogóle. Choć zazwyczaj staram się być oszczędny w pochwałach, to w tym wypadku nie zawaham się powiedzieć, że mamy do czynienia z arcydziełem! Film jest doskonały pod niemal każdym względem. Począwszy od warstwy wizualnej i oprawy muzycznej, na opowiadanej historii kończąc (myślę, że słowo "fabuła" nie byłoby do końca adekwatne, "historia" ma szerszy zakres znaczeniowy i przez to wydaje się bardziej odpowiednia).

I to właśnie od opowiadanej historii chciałbym zacząć. Powinienem zresztą powiedzieć: "Historii", ponieważ "Król Lew" zwykłą opowieścią nie jest z całą pewnością. To raczej metaopowieść, coś zbliżonego do opowieść pierwotnej, opowieści absolutnej. Ktoś mógłby spytać: "Dlaczego? Co odróżnia ją od innych?". Odpowiedź jest prosta: archetypy, będące żywą tkanką "Króla Lwa". Schematy (choć nie wiem, czy to odpowiednio słowo, we współczesnej polszczyźnie nabrało delikatnego zabarwienia pejoratywnego), formuły i motywy, na których zbudowany jest cały dorobek kulturalny ludzkości. Bez nich nie byłoby żadnej opowieści, ponieważ one są istotą każdej z nich. Tu ktoś mógłby powiedzieć: "Jasne, ale przecież z archetypów na dobrą sprawę zbudowana jest każda opowieść, co w takim razie niezwykłego jest w tym filmie?". Otóż tym, co odróżnia "Króla Lwa" od "reszty", jest fakt, iż jest on skonstruowany z "czystych archetypów". Owszem, archetypy znajdziemy wszędzie, ale już rzadko zdarza się, aby podane zostały nam one w formie czystej. Zazwyczaj są pomieszane lub bezrefleksyjnie przebudowane. Ich obraz jest zmętniony także z powodu skupiania się twórców na sprawach błahych i przyziemnych; rzeczach może i istotnych, ale tylko w danej epoce. Często prowadzi to do uśmiercenia archetypów (brzmi to trochę paradoksalnie…), a co za tym idzie opowieści, która po pewnym czasie przestaje być aktualna i traci na znaczeniu. Najgorszym jednak możliwym działaniem jest zaprzęganie archetypów do służby sprawom doraźnym lub jakimś określonym ideom (o których po latach mało kto pamięta), przez co tracą swą uniwersalną wartość. Krew mnie zalewa kiedy wykorzystuje je polityka albo socjologia… Jest to nic innego jak zmuszanie symboli do prostytucji, a odpowiedzialnych za to sutenerów powinno się wieszać na latarniach za dezawuowanie i szarganie rzeczy, które ukształtowały ludzkość, rzeczy będących jądrem cywilizacji i kultury. Współcześnie bardzo niewiele jest "opowieści czystych", ponadczasowych i uniwersalnych. Traktujących o rzeczach, które nie przemijają. Poruszających problemy, które zawsze będą nas trapić. Zbudowanych ze schematów i motywów, które zawsze będą obecne w Umyśle Ludzkości.

"Król Lew" jest jedną z niewielu współczesnych "opowieści czystych". (Może właśnie dlatego, że skierowany jest do dzieci?). Mówi o tym, o czym rozprawiali przy ognisku pierwsi ludzie i o tym, o czym będą rozmawiać nasi potomkowie za setki lat. To leży po prostu w naturze człowieka i nie przeminie nigdy, wówczas bowiem umarłoby człowieczeństwo. "Król Lew" jest więc świadectwem człowieczeństwa, i to przede wszystkim czyni zeń arcydzieło. Spójrzmy chociażby na to, z jaką łatwością można dopasować jego fabułę do archetypicznego schematu fabularnego, obowiązującego w niemal wszystkich opowieściach pierwotnych i mitach, na który składają się trzy etapy: odejście, inicjacja i powrót.

W "Królu Lwie" jest to tak jasne jak rzadko kiedy. Mamy więc: Odejście - dobrowolne wygnanie Simby po śmierci ojca; Inicjacja - przemiana, której doświadczył w nocy, gdy ujrzał pośród gwiazd Mufasę; Powrót - osiągnięcie życiowej dojrzałości i powrót na Lwią Ziemię w celu odzyskania dziedzictwa. Również wszystkie postacie są tu pierwotnymi figurami archetypicznymi. Każda z nich spełnia jakąś rolę, żadna nie jest dodana bez powodu. Simba - puer aeternus, potem bohater i zbawiciel; Rafiki - senex, opozycja do Simby jako wiecznego chłopca, Skaza - cień, opozycja do Simby jako bohatera; Timon i Pumba - tricksterzy, opozycja do Simby jako zbawiciela (kontrast pomiędzy jego dojrzałą postawą po przemianie, a beztroską filozofią życiową dwóch zwierzaków); Zazu - herold, postać informująca pozostałe o istotnych wydarzeniach. I tak dalej i tak dalej… Jak już powiedziałem, każda z postaci w filmie spełnia rolę jakiejś figury archetypicznej.

Powiedziałbym więc wprost, że "Król Lew" jest jedną z niewielu udanych współczesnych baśni. Jest mitem. I w tym leży jego podstawowa wartość. Rolą mitu (zbudowanego z archetypów, stąd ten przydługi fragment o archetypach i ich obecności w omawianym filmie), oprócz funkcji objaśniającej rzeczywistość, było kreowanie i wpajanie ludziom trwałych wzorców postępowania, swoistych wyznaczników moralnych, które tworzyły podwaliny pod zbudowanie u człowieka wrażliwości etycznej i hierarchii wartości. Jako że rzeczy te kształtują się u ludzi w dzieciństwie, a współczesność cierpi na brak wzorców, mogących je wykształcić, to skierowane do dzieci filmy, takie jak "Król Lew", stają się tym bardziej wartościowe.

Jeśli chodzi o bardziej bezpośrednie inspiracje (o czym trzeba wspomnieć, ponieważ jest to niejako przedłużenie omawianego powyżej tematu, ale wypadałoby to omówić na przykładzie, ażeby uzyskać jasność), to rzecz jasna przede wszystkim dostajemy "Hamleta". Oczywiście, historia została odpowiednio ugrzeczniona i przystosowana do młodszych odbiorców. Rosencrantz i Guildenstern nie są podłymi zdrajcami, ale wiernymi przyjaciółmi księcia. Poloniusz, choć nadal wścibski i irytujący, nie jest serwilistyczną szują. Królowa nie może "sprzedać się tak łatwo", a tragiczny koniec spotyka tylko zdradzieckiego stryja. Jednak pomimo tych różnic, jakkolwiek by patrzeć, jest to ten sam "Hamlet", tyle że role zostały tym razem rozpisane na zwierzęta, a akcja przeniesiona z Elsynoru do Afryki. Zachowana zostaje w końcu główna oś fabularna, a także niemal wszystkie postacie. Jednym wyjątkiem jest Horatio, ale jego nieobecność jest jak najbardziej uzasadniona, ze względu na rolę jaką spełniał w oryginale. Był tam swoistym weryfikatorem prawdy, koniecznym, aby odbiorca mógł poddać moralnej ocenie działania bohatera oraz, koniec końców, przyznać mu słuszność. Biorąc pod uwagę ambiwalentny etycznie charakter tych działań, a także szaleństwo duńskiego księcia, bez figury weryfikatora nie byłoby to możliwe. W "Królu Lwie" figura ta jest niepotrzebna, ponieważ wszystko jest tu moralnie jednoznaczne, a ocena i klasyfikacja rzeczy jako "dobrych" lub "złych" jest prosta. (I chwała za to! W filmie skierowanym do dzieci konieczne jest, aby działania bohaterów były przejrzyste moralnie i łatwe do oceny etycznej. Ordynarnie uproszczając sprawę: dzieci muszą od razu wiedzieć, co (i kto) jest dobre, a co (i kto) jest złe, o czym współcześni twórcy filmów animowanych zbyt często zapominają). Istotne jest także podobieństwo zakończeń obu omawianych dzieł. Zakończenia zarówno "Hamleta" jak i "Króla Lwa" są pełne nadziei; nastaje nowy władca, a Królestwo wreszcie może odetchnąć. Jedyną różnicą jest to, że w filmie Disneya władcą zostaje główny bohater i prawowity dziedzic, natomiast w dramacie mistrza ze Stratfordu z oczywistych względów stać się tak nie może i tron obejmuje Fortinbras, ale to nie jest najważniejsze… Najważniejsza jest nadzieja; nadzieja, że teraz wszystko potoczy się lepiej. I chociaż może się to wydawać banalne i truistyczne, to jest to prawdziwie wartościowe przesłanie. Podsumowując: drugiego filmu animowanego, tak odważnie odwołującego się do klasyków, trzeba by ze świecą szukać. "Król Lew" może spokojnie przygotować młodych ludzi do dojrzalszych dzieł kultury, z którymi przyjdzie im obcować, kiedy podrosną.

W filmie jest też, co warto odnotować, mnóstwo cennych odniesień do współczesnej historii i popkultury. To, które mi rzuciło się najbardziej w oczy, to podobieństwo pomiędzy sceną, w której hieny maszerują przed Skazą, a nazistowskim filmem propagandowym "Triumf woli". Podobne przykłady można zresztą mnożyć w nieskończoność. Owe odniesienia są o tyle wartościowe, że w przeciwieństwie do współczesnych filmów animowanych (vide choćby "Shrek") nie są przejawem jarmarcznego żonglowania elementami popkultury, którego jedynym celem jest osiągnięcie efektu humorystycznego (nie twierdzę, że dowcip jest w filmach animowanych nieistotny, trzeba jednak zachować trochę umiaru!), ale subtelnymi i symbolicznymi nawiązaniami do kulturalno-historycznego dorobku ludzkości.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to i pod tym względem film prezentuje się bez zarzutu. Kreska jest przepiękna, animacja zjawiskowa. Mimika twarzy zwierzaków jest tak genialna, że do tej pory żaden film animowany nie osiągnął w tej dziedzinie choćby zbliżonego poziomu. Na uwagę zasługuje też świetna kolorystyka; zgodnie z zasadą decorum, podporządkowana aktualnie rozgrywanym wydarzeniom, w chwilach radości i szczęścia - kolory są jasne i ciepłe, w chwilach rozpaczy i grozy - dostajemy bardziej ciemne barwy.

"Król Lew" to film mojego dzieciństwa, co dowartościowuje go w moich oczach jeszcze bardziej. Przesadą byłoby oczywiście mówić, że się na nim wychowałem (takie twierdzenia zazwyczaj są przesadą), ale bez wątpienia miał na mnie istotny wpływ. Ktoś mógłby powiedzieć więc, że ze względów sentymentalnych nie mogę "Króla Lwa" obiektywnie ocenić. Może nawet miałby rację, ale od kiedy istnieje coś takiego jak obiektywna ocena? Człowiek, oceniając dzieło sztuki (w tym wypadku film) może silić się na obiektywizm tylko, jeśli nie wywołuje ono w nim żadnych emocji, a przecież wtedy nie byłoby to prawdziwie wartościowe dzieło, ponieważ funkcją sztuki, a nawet jednym z jej podstawowych celów, jest wpłynięcie na emocję odbiorcy, wywołanie w nim emocjonalnego poruszenia. W związku z tym fakt, że rzesza ludzi (zarówno zwykłych odbiorców, jak i "profesjonalnych" recenzentów i krytyków) uznaje "Króla Lwa" za film kultowy, a także uważa go za coś istotnego w ich dzieciństwie (a to oznacza przecież, że również w całym życiu…), jest moim zdaniem niezwykle wymowny.

Jeszcze tylko słówko o polskim dubbingu. Generalnie dubbing filmów animowanych w latach 90. stał w Polsce na bardzo wysokim poziomie i teoretycznie zasada ta sprawdza się również w przypadku "Króla Lwa", jednak… O ile piosenki wypadają świetnie (w kilku przypadkach lepiej niż w wersji oryginalnej), o tyle do reszty można mieć kilka poważnych zastrzeżeń. Przede wszystkim: ludzie odpowiedzialni w Polsce za dubbing niepotrzebnie zinfantylizowali "Króla Lwa". W oryginale wszystko wypada dużo poważniej, przez co dziecku łatwiej wczuć się w opowiadaną historię. U nas, jak mi się zdaje, niepotrzebnie wyszło się z założenia, że film animowany musi być na siłę zrównany do poziomu mentalnego pięciolatka (co jest zresztą dla wielu pięciolatków obraźliwe). Efektem takiego rozumowania jest to, że niektóre postacie mówią głosami, jakby żywcem wyjętymi z peerelowskich dobranocek, inne zaś wygłaszają swoje kwestie z przesadną ekspresją i egzaltacją. Całość, poprzez kontrast do poważnej bądź co bądź treści, sprawia iście groteskowe wrażenie.

Ostatnia sprawa. Uważam, że "Król Lew" jest ostatnią wybitną animacją Disneya. I chociaż przyjęło się, że tak zwany "renesans animacji Disneya" trwał do końca lat 90., to późniejsze filmy, choć ogólnie dobre, są jedynie cieniem dawnych filmów animowanych.

Jeśli chodzi o ocenę, to film nie mieści się w przewidywanej na Filmwebie skali. Jak dla mnie 10/10.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (106głosów).
szalony_jak_mgla_i_snieg
ocenia ten film na:
10/10
arcydzieło!
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię