Grobowiec świetlików (1988)

Grobowiec świetlików (1988)

Hotaru no Haka

Czy śmierć naprawdę jest tragedią?

recenzja kinowa
Stalin powiedział kiedyś: "Śmierć jednego człowieka to tragedia, śmierć miliona - statystyka". Ktoś inny powiedział, że śmierć dziecka jest największą tragedią. Do czasu obejrzenia "Grobowca świetlików" byłem święcie przekonany, że to drugie hasło jest jak najbardziej prawdziwe i poprawne. Jak się jednak okazało, czasami śmierć dziecka jest dla niego drogą ucieczki od złego świata, ukojeniem, nagrodą. Tak, w okrutnym czasie, jakim jest wojna, śmierć dla dziecka jest dobrym rozwiązaniem...

Myślę, że nie będzie wielkim spojlerem, jeżeli powiem, że film rozpoczyna się od śmierci dziecka - każdy, kto będzie chciał obejrzeć ten obraz, zapozna się z jego tragicznym początkiem. Już na wstępie zostałem poinformowany, że "Grobowiec świetlików" to historia dramatyczna i bez happy endu. Kiedy w pierwszej minucie filmu ujrzałem umierającego kilkunastoletniego chłopca, powiedziałem sobie: "Tak, śmierć dziecka rzeczywiście jest największą tragedią". W ciągu następnych dwu godzin zmieniłem zdanie, ponieważ poznałem losy owego chłopca i jego rodziny.

II wojna światowa, Japonia. Nastoletni Seita i jego kilkuletnia siostra Setsuko przeżyli nalot na ich miasto. Niestety, ich matce nie było dane przeżyć. Dwójka doświadczonych przez los dzieci stara się przeżyć koszmar, jakim jest wojna. Mają oni swoje światełko w tunelu: czekają na powrót ojca, który jest oficerem marynarki. Przed nimi jednak długa droga, pełna niebezpieczeństw i osobistych dramatów.

Wielu krytyków zgodnie określa "Grobowiec świetlików" mianem najlepszego filmu antywojennego wszech czasów. I ja podpisuję się pod tym zdaniem, stawiając "Grobowiec świetlików" wyżej nawet niż "Pianistę". Jest to film wojenny, ale jakże inny od tych, które tworzą Amerykanie czy Europejczycy: nie ma tu zaginionego szeregowca Ryana, nie ma ikon amerykańskiej popkultury rozwiązujących zagadkę Enigmy czy walczących na Pearl Harbor, nie ma żołnierzy ginących ku chwale swojego narodu, zalewających się w trupa, gwałcących miejscowe dziewczyny i kobiety... Wojna przedstawiona jest z perspektywy dwójki dzieci: niewinnych istot, które przecież tej wojny nie chciały, ale mimo wszystko muszą zmagać się z jej zagrożeniami i konsekwencjami, jakie owo piekło ze sobą niesie: głód, ubóstwo, brak ciepłego kąta itd.

Historia dzieci naznaczona jest osobistymi dramatami, ale mimo wszystko znajdują one w tych ciężkich czasach chwile radości, odpoczynku i wytchnienia. Takie momenty dają widzowi złudną nadzieję, że może - pomimo tragicznego początku - wszystko się jakoś ułoży. Film jest animowany, ale życie tej dwójki to nie bajka - twórcy szybko sprowadzają nas na ziemię, przedstawiając zakończenie jeszcze bardziej przygnębiające od tego, co widzieliśmy na początku. Oglądając załamanego Seitę, wpatrującego się przez wiele godzin w gasnący powoli ogień, po głowie kołatały mi się słowa "Mein Herz brennt" (me serce płonie), pochodzące z jednej z piosenek Rammsteinu. Ten moment sprawił, że owa piosenka już na zawsze będzie kojarzyła mi się z dramatem dziecka: najpierw "Lilja 4-ever" (film opowiadający o dzieciach wykorzystywanych w seksbiznesie; piosenka pojawia się w najważniejszym momencie filmu), teraz "Grobowiec świetlików"...

I tutaj jeszcze odniesienie do cytatu Stalina, który przytoczyłem na początku: śmierć jednego człowieka w tym filmie jest tragedią - widz poznał owego bohatera, zdążył polubić, więc smutne jest to, że umiera. Statystyką jest śmierć tysięcy czy milionów osób, które giną "w tle" - podczas nalotów, na morzach i oceanach. Są to "tylko" "zwykłe" ofiary wojny, nic nie znaczące w porównaniu z naszym bohaterem, którego już zdążyliśmy poznać. Oczywiście jest to moja interpretacja cytatu jedynie pod kątem filmu! Na początku powiedziałem też, że po dwóch godzinach zmieniłem zdanie w pewnej kwestii: jeśli chodzi o "Grobowiec świetlików", tragedią nie była śmierć dziecka, a jego życie w czasie wojny.

Jest to opowieść o wojnie, ale "odpolityczniona" - nikt nie zrzuca tutaj winy na Hitlera, Amerykanów czy Europejczyków, nikt nikogo nie obwinia za to, co się dzieje. Wojna w tym filmie, podobnie jak Wielki Brat i Partia u Orwella, istnieje już od zawsze, nikt nie docieka przyczyn jej powstania. Tak po prostu - jest i już.

Użyłem tak wielu znaków, aby przybliżyć osobie czytającej tę recenzję, jak wielkim dramatem dla dzieci jest wojna, dlaczego film ten jest inny od pozostałych filmów wojennych i dramatów, a nie napisałem jeszcze ani słowa o technice. Cóż, w takim dziele chyba nie to jest ważne, ale - jako rzetelny recenzent - nie mogę tej kwestii pominąć. Film jest już dość stary, siedemnaście lat to kawał czasu, biorąc pod uwagę, jak szybko technologia i techniki animacji idą do przodu. Mimo upływu tych lat, film od strony technicznej jest bardzo dobry. W dzisiejszych czasach wydaje się bardziej realistyczny (pod względem technicznym) od "Akiry". Naprawdę niewiele było w tym filmie elementów, które by mi się nie podobały. Animacje - biorąc pod uwagę możliwości techniczne sprzed prawie dwudziestu lat - są rewelacyjne: realistyczny ogień, lecące samoloty czy ruchy postaci... Także tła robią wrażenie, są dość szczegółowe. Jak już powiedziałem, było kilka elementów, które trochę mi się nie spodobały, ale to drobnostki: morska woda zalewająca plażę czy zbyt pomarańczowa krew na bandażach (ale to akurat mogła być wina kopii filmu, którą obejrzałem). Momentami miałem też zastrzeżenia do twarzy Saity, ale do tego się przyzwyczaiłem.

Muzyki nie jest w filmie zbyt dużo. Być może twórcy słusznie założyli, że tego, co widać, nie trzeba dodatkowo ilustrować żadną muzyką. Pomimo raczej niewielkiej ilości muzyki, bardzo spodobały mi się użyte w filmie motywy muzyczne, przede wszystkim ten pojawiający się jako tło dla napisów końcowych.

Zbliżając się do końca wspomnę jeszcze o czymś, co często nazywane jest "przyjemnością oglądania", chociaż w tym wypadku należy mówić chyba o "nieprzyjemności oglądania". "Nieprzyjemności" z racji tego, co w filmie oglądamy. Chwile wzruszeń i poruszeń, może nawet wylane łzy, sprawiają, że widz chce obejrzeć ten film ponownie, coś go do niego ciągnie. Wiemy, że nie będzie to przyjemne, ale po prostu chcemy to znów obejrzeć. Ja jestem pewien: wrócę do tego filmu nie raz i nie dwa.

"Grobowiec świetlików" to dziś kultowe dzieło japońskiej sztuki animacji, tak więc polecam każdemu fanowi anime. Możesz lubić cyberpunk i mechy, ale z tym filmem powinieneś się zapoznać, ponieważ jest on prawdziwy i uniwersalny - na każdej wojnie giną dzieci i przeżywają one swoje dramaty, tak więc dzieło to będzie żywe dopóki, dopóty będą trwały wyniszczające wojny. A co, jeżeli chodzi o osoby nie będące fanami anime? Tutaj pojawia się problem: dzieci nie mogą tego filmu oglądać, ponieważ miejscami jest szczery do bólu - nie ma tutaj owijania w bawełnę, pokazane jest prawdziwe okrucieństwo wojny. Większość młodzieży uważa, że film jest nudny, ponieważ nie jest naszpikowany efektami specjalnymi, nie ma w nim superszybkich samochodów, bezmózgich blondynek w topless czy bikini itd. Jako anime także się u nich nie sprawdza, bo nie ma postaci ciskających kule energii, tłukących się po mordach, czy machających katanami. Dorośli? Większość zachowuje się po mugolsku: "Ja, dorosły człowiek, mam oglądać bajkę? I to jeszcze z napisami!". Taka jest smutna prawda... Gdyby się otworzyli, być może dotarłoby do nich, że anime to nie tylko "Pokémony" i temu podobne seriale emitowane przez polską telewizję oraz czysta rozrywka i hentaje, ale także dzieła prawdziwe i poruszające, znaczące więcej niż niejeden film aktorski.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (150głosów).
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię