Nie jestem twoim murzynem (2016)

Nie jestem twoim murzynem (2016)

I Am Not Your Negro

Człowieczeństwo

recenzja kinowa
Rok '68, kremowe kanapy i wielkie biurko w popularnym "The Dick Cavett Show", atmosfera niedzielnej herbatki u wujka. Gościem jest James Baldwin, pisarz, krytyk, autor esejów i dramatów, literacki głos czarnej Ameryki. Cavett dopytuje, czy "murzyni" (negros) mają nadzieję na lepszą przyszłość. Bo – ciśnie dalej w imperialnym stylu – raczej powinni, skoro tylu ich teraz w sporcie, mediach, polityce. Baldwin to jednak intelektualny ciężarowiec, nie daje się łatwo złapać na haczyk liberalnego samousprawiedliwiania. Nadziei nie ma zbyt wielkich – odpowiada – bo rasizm nie jest problemem wyłącznie czarnych Amerykanów, ale całego kraju. Dopóki społeczeństwo będzie przyzwalać na wykluczający język i wytwarzać swoich "czarnuchów" – ludzi "z natury" niżej postawionych, gorszych, na których zawsze można zrzucić własne zgryzoty i niepowodzenia – dopóty pozostanie tworem czysto teoretycznym, podzielonym, przeżartym chorobą nienawiści. I kiedy spoglądamy na diagnozy zmarłego w 1987 roku Baldwina przez pryzmat współczesnej Ameryki – tej po Ferguson, a może przede wszystkim: po Charlottesville – jak obuchem w łeb uderza ich fenomenalna trafność. Po blisko pięćdziesięciu latach nie tracą nic ze swojej aktualności.


Powtórzone w dokumentalnym eseju Raoula Pecka "Nie jestem twoim murzynem", wciąż brzmią profetycznie i złowrogo. Film wchodzi do polskich kin ze sporym opóźnieniem, blisko rok po nominacji do Oscara i dyskusji o spuściźnie afroamerykańskiego intelektualisty. Jeden z zachodnich krytyków trafnie nazwał obraz Pecka "dokumentem duchowym". "Nie jestem twoim murzynem" to jakby podróż w głąb umysłu Jamesa Baldwina – kalejdoskopowa, rwana, pozbawiona chronologii. Temat rasizmu – związany przecież z pytaniem o istotę człowieczeństwa – zostaje przefiltrowany przez myśli, wyobrażenia i nadzieje głównego bohatera. Obrazy krążą wokół jego rozproszonej twórczości, fragmenty tekstów czyta z offu – głębokim, poważnym głosem – Samuel L. Jackson. Są wśród nich eseje, listy do wydawców, raporty FBI (Baldwin "niebezpieczny" i "podejrzewany o homoseksualizm"), autobiograficzna książka "The Devil Finds Job", ale nade wszystko – nigdy nieukończony tekst o trzech zamordowanych aktywistach: Medgarze Eversie, Martinie Lutherze Kingu i Malcolmie X. To właściwa klamra filmu i przy okazji najważniejsze – choć siłą rzeczy cząstkowe – świadectwo Baldwina. Opowieść nie tyle o wielkich, pomnikowych bohaterach, co o doświadczeniu życia z nimi (wszystkich trzech pisarz znał osobiście), w ich cieniu i pod ich przemożnym wpływem. Także – próba przemyślenia własnej biografii, bilans osobistej walki o widzialność, o wybicie się na człowieczeństwo, opuszczenie narzuconej ramy "czarnucha". 


"Nie jestem twoim murzynem" odwala więc kawał naprawdę ważnej roboty – przekłada filozofię Baldwina na język obrazu i dodatkowo spina współczesnym kontekstem. Unika wielkich słów, stawia na subiektywną perspektywę, ale jeśli trzeba, pokazuje aktualność, przeoraną konfliktami rasowymi Amerykę A.D. 2015. Stany chwilę przed Trumpem, gdzie króluje pogarda i resentyment, a policja trzyma się reguł profilowania rasowego, zestawia z tymi sprzed pół wieku, kiedy to stateczne białe matki bez żadnych oporów pluły na czarne dzieciaki idące do szkoły. Pewnie znajdą się malkontenci, którym takie proste splecenie przeszłości i teraźniejszości wyda się tendencyjne. A jednak sugestywne obrazy mają siłę faktów – mówią same za siebie i pokazują niepodważalną ciągłość praktyk wykluczania, obecność zbliżonych schematów myślenia niezależnie od momentu historycznego i dominujących tendencji politycznych. 


Baldwin nigdy nie twierdził przecież, że ostatecznym horyzontem walki o emancypację czarnych powinno być równouprawnienie. Chodziło mu raczej – i w filmie wybrzmiewa to z wielką siłą – o definitywną zmianę języka i percepcji, o poszerzenie i przebudowę samej idei człowieczeństwa. Tak, żeby określanie wartości bliźniego wyłącznie przez pryzmat jego wyglądu – kształtu ciała, koloru skóry – było nie tylko niedopuszczalne, ale też niemożliwe do pomyślenia. To dlatego pisarz przez całe życie gonił za miejscem, w którym wreszcie mógłby przestać być czarny, a zaczął być człowiekiem – w Europie, w Stanach Zjednoczonych, w działalności literackiej, nawet w Hollywood (nieudane próby scenariopisarskie). I dlatego właśnie człowieczeństwo Baldwina – jego inkluzywny, włączający humanizm – doskonale wyjaśnia, z jakimi prostymi operacjami myślowymi wiąże się rasizm i z jakich pozycji najlepiej go krytykować. Z tegorocznych oscarowych dokumentów o czarnej Ameryce ("XIII poprawka" DuVernay, miniserial "O.J.: Made in America"), "Nie jestem twoim murzynem" jest więc w moim odczuciu tym najważniejszym. Najbardziej poetyckim, a przy tym najdojrzalszym i najmniej publicystycznym. Uniwersalnym w warstwie intelektualnej. W Polsce powinniśmy oglądać film Pecka ze szczególnie wytężoną uwagą. Bo przecież – i chyba nie ma sensu tego ani negować, ani przesadnie demonizować – sami mamy poważny problem z definicją człowieczeństwa. Wciąż i wciąż wytwarzamy swoich własnych "murzynów". Im jest ich więcej i im lepiej się trzymają – powiada Baldwin – tym mniejsza szansa na zbudowanie wspólnoty opartej na wzajemnym szacunku. A to właśnie szacunek jest tym, czego dzisiaj najpilniej potrzebujemy. Czymś niezbędnym jak powietrze. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (25głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
9/10
rewelacyjny