CzaSS honoru

Kamera unosi się nad chaosem śmierci. Zbliżenie na wyłaniającą się z mroku sylwetkę – to morderca dzieci William Blazkowicz triumfuje nad stosem rozszarpanych, malutkich ciał. Promienie słońca wdzierają się przez żaluzje, padający na twarz bohatera cień staje się metaforą więzienia, na które zasłużył. Nauczycielka Eva, obejmując martwe ciało ośmiolatka, cedzi przez zęby: jesteś niczym więcej niż zimnokrwistym terrorystą. Blazkowicz, z pogardą, odpowiada: a ty niczym więcej niż nazistowską dziwką! 

Spokojnie, to tylko kino. A konkretniej – fragment scenariusza fikcyjnej biografii, realizowanej w okupowanych Stanach Zjednoczonych ku chwale Hitlera. Właśnie tak chodząca parodia Leni Riefenstahl – z całunem kręconych włosów, w schludnym kostiumie i kaszkiecie – wymarzyła sobie mit założycielski nowej Ameryki. W poprzedniej części "Wolfensteina" próbowaliśmy podciąć ścięgna nazistowskiemu kolosowi, wysłać na łono Abrahama jednego z prominentnych naukowców Rzeszy. Teraz jednak stawka jest wyższa, zaś walka toczy się o to, kto będzie określał czyny heroiczne i tchórzliwe, definiował sprawiedliwych i terrorystów, słowem – kto ostatecznie przepisze historię. 

photo.title

Główny bohater, William "BJ" Blazkowicz, nie jest oczywiście ani mordercą dzieci, ani bezrefleksyjnym rebeliantem. To swój chłopak z Teksasu, syn polskiej żydówki i amerykańskiego komiwojażera, facet z twardą głową i miękkim sercem. W prologu znajdujemy go tam, gdzie zwykle, czyli na krawędzi życia i śmierci – właśnie zostaje odbity przez swoich kumpli z ruchu oporu, rozłupuje nazistowskie czaszki z poziomu wózka inwalidzkiego. Są lata 60., niemiecka armia wciąż panuje w Europie i trzyma na krótkiej smyczy Wuja Sama. Mimo szalejącej dookoła wojennej zawieruchy, przygody Blazkowicza mają tym razem nieco intymniejszy wymiar, gdyż powrót do USA to przecież powrót na stare śmieci, do rodzinnego domu, w którym swoje małe faszystowskie państwo stworzył sadystyczny patriarcha. Sztafeta pokoleń trwa: Blazko ma tę fizyczną przewagę nad ojcem, że potrafi przebiec przez człowieka, zamieniając go w krwawy budyń. Ale ma też wyższość moralną: sam spodziewa się dziecka i kiedy twierdzi, że nie pozwoli, by wychowywało się ono pod butem Hitlera, wierzymy mu na słowo.  

Okupowana Ameryka z "Wolfensteina" to świat z pogranicza horroru, melodramatów Douglasa Sirka oraz bezwstydnego kina eksploatacji. Niemieckie bandy wciąż przerabiają na swoją modłę rock’n’rollowe przeboje, paradujący ulicami Roswell żołnierze witani są z otwartymi ramionami przez klasę średnią, a członkowie Ku Klux-Klanu ucinają sobie pogawędki z komendantami SS. Nietrudno dopatrzeć się w tym podkręconej do granic rozsądku przestrogi przed ekspansją nacjonalizmu. Amerykanie bardzo szybko przyzwyczaili się do nowych panów, nagłówki zbieranych przez Blazkowicza gazet pariodiują faktyczne twitterowe wpisy skrajnej prawicy, z kolei świetnie napisane postacie drugoplanowe są jednocześnie żywymi postulatami – raz będzie to wierząca w zbrojną rebelię i przywodząca na myśl liderów Czarnych Panter Grace Walker, kiedy indziej sympatyzujący z komunistami zwolennik redystrybucji totalnej, Horton Boone, to znów Frau Engel, natchniona ewangelistka "Mein Kampf" i najlepszy czarny charakter, którego jeszcze nie zabiliście. I choć czarna komedia, którą uprawiają twórcy gry, nie jest niczym subtelnym, to sam "Wolfenstein" pozostaje intelektualnie wyrafinowany. To rzecz balansująca na granicy parodii i pastiszu, groteski i ponurej alegorii, poważna historia ozdobiona niepoważną ikonografią, rozpostarta pomiędzy doniesieniami z obozów śmierci oraz sceną, w której otyła Aryjka zaznaje rozkoszy z czarnoskórym rastafarianinem. Efekt jest PIO-RU-NU-JĄ-CY: bez względu na liczbę mechanicznych psów ziejących ogniem, fabuła nie traci na ciężarze, przemoc nie jest wzięta w nawias, zaś groza wojny pozostaje żywa. 

photo.title

Paradoksy fabuły oddane zostają w samej rozgrywce. "The New Colossus" ma arcade'owy sznyt, zabijanie odbywa się w 60 klatkach na sekundę, Blazkowicz jest wytrawnym sprinterem, a trzymając w dłoniach dwa shotguny przypomina samobieżną artylerię. Z drugiej strony, to wymagająca gra, zaś twórcy wiedzą, jak uśpić naszą czujność. Wagę bohatera czujemy z każdym skokiem, siłę rażenia broni – z każdym wystrzałem. Chociaż BJ ma do dyspozycji pokaźny arsenał (od dezintegrującej ciała laserowej haubicy, po precyzyjne pistolety z tłumikiem), przeciwnicy nie śpią: są liczniejsi, świetnie flankują, a jeśli ich komendanci nie zostaną wyeliminowani, ściągną nam na głowę cały komitet powitalny. System rozwoju postaci działa bez zarzutu, jest intuicyjny i organicznie spleciony z rozgrywką. Jeśli upodobamy sobie skradanie się w cieniu, zostaniemy skuteczniejszymi skrytobójcami. Jeśli będziemy wchodzić do każdego pomieszczenia razem z drzwiami, z czasem będziemy odporniejsi i wyspecjalizujemy się w obsłudze broni ciężkiej. Każdemu jego porno. Giwery energetyczne, polowa medycyna, granaty, nawet strażacki toporek ze swastyką. Jak mawia jeden z partyzantów: wiesz, ile rzeczy można zrobić z toporkiem i nazistą?

Naszą bazą wypadową jest ogromna i przestronna łódź podwodna. To z jej pokładu będziemy decydować o losach kampanii, to tutaj zżyjemy się z braćmi i siostrami po karabinie, wykonamy kilka misji pobocznych i weźmiemy udział w pijackiej imprezie. Wraz ze zdobyciem enigmy, otrzymamy również możliwość deszyfrowania zakodowanych wiadomości i uzyskamy dostęp do zadań polegających na eliminacji komendantów. Warto się nimi zająć, choćby po to, by w ramach odmiany wpakować kulkę zakapturzonym rasistom z KKK. Mało intuicyjna mapa, obok drobnych błędów technicznych, to w zasadzie jedyny poważny feler gry i na przestrzeni dziesięciogodzinnej kampanii da się wam we znaki. Reszta jest czystym złotem: w swoich najlepszych momentach "Wolfenstein II" to efektowny balet śmierci, w którym za interludia służą intymne retrospekcje oraz dialogi napisane z wyczuciem delikatnej, komediowo-dramatycznej materii.  

photo.title

Ludzie lubią porównywać serię do kampowych wariactw w stylu "Iron Sky". Ale poza nazistami podbijającymi kosmos niewiele tu podobieństw. To raczej "Bękarty wojny" na sterydach. Tam również mieliśmy propagandowy film jako budulec nowej mitologii oraz popkulturową fantazję o żydowskiej zemście na oprawcach: zarówno apodyktycznych sadystach w białych rękawiczkach, jak i hitlerowskiej maszynie terroru. I podobnie jak jeden z najlepszych filmów w dorobku Tarantino, "The New Colossus" pozostaje fascynującym stopem najróżniejszych konwencji oraz autorskich wrażliwości. Jest świetną zabawą, kuferkiem z kinofilskimi skarbami, a także pochwałą bezkompromisowej partyzantki – na wojnie i w sztuce. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (34głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia tę grę na:
9/10
rewelacyjna