Czwarta władza (2017)

Czwarta władza (2017)

The Post

Pre-

recenzja kinowa
Na pokazie prasowym "Czwartej władzy" pełna sala, aż trudno się powstrzymać od cynicznej myśli: oto wszyscy dziennikarze z miasta przyszli posłuchać, że ich zawód ma jeszcze znaczenie. Dwie godziny później, pełen wzniosłych emocji, jestem jednak gotów odszczekać swój cynizm. Steven Spielberg w końcu zawsze był marzycielem i idealistą, który potrafił sprzedać widzom patos. Nazwisko wyrobił sobie na eksploatowaniu nostalgii za imaginarium lat 50., z ich familijną idyllą i fantastycznonaukową wyobraźnią. Jakiś czas temu wykształcił jednak obywatelskie sumienie i regularnie oferuje nam czytanki z amerykańskiej konstytucji. W zasadzie nadal flirtuje z nostalgią, tyle że nostalgią o wymiarze politycznym: ot, tęsknotą za niegdysiejszym etosem. Zamiast bawić, straszyć i wzruszać – podnosi na duchu, kręcąc kino zarazem niedzisiejsze i aktualne. Wciąż jednak sugestywne.


"Czwarta władza" – podobnie jak "Lincoln" – zaczyna się sceną z wojennego frontu, a potem gładko przechodzi do rozmów w pomieszczeniach; potrwają one aż do końca filmu. Spielberg opowiada o dziennikarzach "Washington Post", którzy pod koniec lat 60. stanęli przed dylematem, czy należy opublikować dokumenty dowodzące sięgających cztery dekady wstecz nadużyć amerykańskiego rządu. Richard Nixon jest (niespodzianka) na "nie", redaktor Ben Bradlee (Tom Hanks) jest na "tak", a wydająca gazetę Kay Graham (Meryl Streep) ma mieszane uczucia. Przygotujcie się na dwie godziny ważenia racji, choć w zasadzie (spoiler sprzed 50 lat) wiadomo, dokąd to zmierza. Spielberg będzie prawił o demokracji oraz panach (i paniach) Smithach, którzy w Waszyngtonie walczą o ideały ojców-założycieli, a potem pogratuluje sam sobie z bezpiecznej perspektywy historycznego dystansu. "Konwersacyjny" ton nie przeszkodzi jednak, by oglądało się to świetnie, a mimo założonej odgórnie tezy znajdzie się tu parę niuansów. Nudy nie będzie. 

Choć Spielberg zapełnia drugi plan twarzami z małego ekranu (Bob Odenkirk, Jesse Plemons, Carrie Coon, Sarah Paulson), "Czwarta władza" to żaden teatr telewizji. Jest tu silny pierwiastek dobrego hollywoodzkiego spektaklu; do tego stopnia, że finał filmu przypomina nawet… marvelowską scenę po napisach. Wszystkie te "rozmowy w pomieszczeniach" zostają ożywione ruchomą kamerą Janusza Kamińskiego, dynamicznymi zmianami planów, pomysłową inscenizacją (brawurowa sekwencja telekonferencji). Spielberg generalnie woli pokazywać, zamiast mówić: kiedy bohaterowie czytają felerne dokumenty, równolegle oglądamy archiwalne materiały z przemówień kolejnych amerykańskich prezydentów. Gdy grupa zapaleńców kseruje wykradzione materiały, kamera prześlizguje się zaś po ścianach biura, oblepionych plakatami filmowymi. Obecność straszącego ze ściany "The Blob - zabójcy z kosmosu" to zarazem kinofilskie mrugnięcie okiem i znak zaburzenia społecznej idylli. Nieprzypadkowo błękitna poświata kserokopiarki przywodzi na myśl "Bliskie spotkania trzeciego stopnia": oto dotknięcie nieznanego, prawdziwy ekranowy Moment. W drugiej połowie filmu znajduje on zresztą swoje symetryczne dopełnienie: gdy wreszcie ruszają maszyny drukarskie, Spielberg filmuje kolejne tryby, czcionki, pompy, zwory i śrubki z iście fetyszystyczną emfazą. Matryca pierwszej strony "The Washington Post" wygląda niczym jakiś mistyczny artefakt, jeden z tych, jakie często trzymał w rękach niejaki doktor Jones. Fetyszem nie jest tu jednak Święty Graal ani Arka Przymierza, ale demokracja, ufundowana na opoce pierwszej poprawki, wolnej prasy i obywatelskiego ducha. Analogicznie (i równie meta-Spielbergowsko) pokazywany wciąż w tym samym ujęciu z oddali Nixon przypomina rekina ze "Szczęk" – majaczącego gdzieś na horyzoncie drapieżnika. 


Ale to nie tak, że Spielberg bawi się z nami w puszczanie oka i autocytaty. Tytułowe "The Post" oznacza po prostu "posterunek", nie odnosi się do postmodernistycznych zabaw, wspomniane spielbergizmy są po prostu śladami autorskiego stylu pisma. Jeśli coś jest tu "post", to postnaiwne czasy po śmierci Kennedy’ego (o której wciąż mowa), po śmierci american dream, po wybuchu wojny w Wietnamie. I tuż przed aferą Watergate. Cały film, choć pomnikowy, nie jest  więc bezkrytyczny: pochwalny ton nie przeszkadza reżyserowi w napiętnowaniu moralnych mielizn "czwartej władzy". Spielberg pokazuje, jak do dziennikarzy dochodzi powoli, że może wypada przestać kumplować się z liczącymi na przyjacielską taryfę ulgową politykami. "Czy to legalne?", pyta w jednej ze scen redakcyjny stażysta. "Legalnie daleko byśmy nie zajechali, synku", odpowiada mu Bradlee. Trudno nie pamiętać o tych słowach, gdy redaktorzy gazety przygotowują do publikacji niesławne "papiery z Pentagonu": nie do końca rzetelnie, bez weryfikowania źródeł, wertując setki stron w zaledwie kilka godzin, byle do deadline'u. Za rogiem już czają się fake newsy.  

"Czwarta władza" pokazuje przecież, że heroiczna walka "The Washington Post" o prawdę była podyktowana nie tylko patriotycznym odruchem sumienia, ale i duchem środowiskowej rywalizacji. Jeden z naczelnych argumentów za publikacją "papierów" był przecież cyniczny: oto pojawiła się szansa wyprzedzenia "New York Timesa". W tym kontekście ciekawie brzmi żartobliwy wątek, w którym córka Bradlee'ego zaczyna sprzedawać jego dziennikarzom lemoniadę, de facto dorabiając się na kryzysie. To zarówno Spielbergowski smaczek – rzut oka na dziecięcą perspektywę – jak i aluzja do niewygodnej zależności między demokracją a kapitałem. "The Washington Post" wplątuje się bowiem w polityczną aferę w przededniu wejścia na giełdę, tkwiąc w finansowym dołku. Podejmując walkę o dobrą sprawę, gazeta ryzykuje podcięciem gałęzi, na której sama siedzi. Bardziej opłacałoby się jej pozostać przy publikowaniu papy w rodzaju zdjęć ze ślubu córki Nixona. Nixona, który wyrasta tu również na jakąś niemal pre-Trumpowską figurę oblężonego w Białym Domu, niekochanego przez elity prezydenta.


"Pre-" jest też wątek kobiecy. Spielberg odkrywa w sobie żyłkę feministy i pokazuje, jak zaczynał kruszyć się patriarchalny monolit. "Czwarta władza" to niby typowo "męska" opowieść: przez ekran nieustannie przewijają się kolejne twarze poważnych facetów (mija czterdziesta minuta filmu i wciąż pojawiają się nowe). To mężczyźni podejmują tu wyzwania, ryzykują, piszą, negocjują, walczą. Miejsce pań jest w "drugich pokojach", gdzie czekają potulnie, aż ich mężowie załatwią swoje ważne sprawy. Jedyną kobietą obecną na "męskich" salonach jest szefująca "The Washington Post" Key Graham. Ale ponieważ awansowała na stanowisko wydawcy w zasadzie niechcący, zastępując zmarłego męża, traktowana jest protekcjonalnie. I kiedy wszystko zawisa na włosku jej decyzji, ciężar opowiedzenia się po którejś ze stron jest tym większy, że na odpowiedź czeka stado surowych mężczyzn gotowych wymensplejnować Graham, jak powinna się zachować. Streep gra tu pierwszą od dawna niezmanierowaną, nieprzeszarżowaną rolę: świetnie pokazuje jej zahukanie, wahanie, strach przed zabraniem głosu, a w końcu stopniową, subtelną emancypację, kroczek za kroczkiem. Zaiste, mniej znaczy więcej: byle grymas na twarzy aktorki ma tu moc wejścia tyranozaura.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 70% uznało tę recenzję za pomocną (81głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
8/10
bardzo dobry