Traktorek Florek (2016)

Traktorek Florek (2016)

Gråtass - gøy på landet!

Wsi spokojna, wsi wesoła

recenzja kinowa
Spójrz na Traktorka Florka dorosłymi oczami, a raczej nie ulegniesz jego urokowi. Pomalowany na szaro ciągnik z kreskówkowymi oczami, który porozumiewa się ze światem desperackimi trąbnięciami swojego klaksonu - no nie jest to WALL.E. Ale norweski film familijny o tytułowym Traktorku nie jest też superprodukcją z budżetem od pana Disneya, więc należy rozliczać go raczej z serca i dobrych chęci niż z walorów realizacyjnych. Trzeba też wziąć poprawkę na to, kto jest adresatem tej opowieści. "Traktorek Florek" to ni mniej ni więcej, tylko typowa europejska produkcja dla najmłodszych, bez drugiego dna dla rodziców, bez jakichkolwiek "kinowych" ambicji. Niestety - nawet przy zachowaniu wszelkich proporcji - "typowa" znaczy w tym przypadku: przeciętna.


"Czy przyjaźń między dzieckiem, dorosłym, traktorem a kozą jest możliwa?", czytamy w zaczepnym oficjalnym opisie dystrybutora. W samym filmie nie znajdziemy jednak żadnej prowokacyjnej wizji relacji między ludźmi, maszynami a zwierzętami hodowlanymi. Głównym bohaterem jest nie tytułowy traktorek, a niejaki Gustav, który przyjeżdża z rodzicami spędzić wakacje na wsi. Co ciekawe, bardziej niż spotkanie z inteligentnym mechanicznym pojazdem czterokołowym dziwi go okoliczny brak chodników, po których mógłby jeździć na deskorolce. Taka już jednak logika historii dla dzieciaków: fantazja jest tu codziennością, a rzeczywistość - traumą.

Ale problem "Traktorka Florka" tkwi nie tyle w wątpliwej wiarygodności świata przedstawionego, co w jego wątpliwej atrakcyjności. Gustav jest nie tyle bohaterem, co scenariuszową tabulą rasą. Ma to może sens o tyle, że każdemu maluchowi na sali łatwiej wówczas postawić się na jego miejscu - przy okazji jednak jakoś trudno przejąć się jego losem. Chłopiec po prostu sobie jest: nijaki i przezroczysty. Teoretycznie jego brak osobowości powinien rekompensować wianuszek barwnych drugoplanowych postaci: lokalny farmer hodujący ogórka-giganta, domorosły wynalazca zajadający się parówkami czy grająca na banjo dziewczyna, z którą zaprzyjaźnia się Gustav. Wcielający się w nich aktorzy balansują jednak między dwiema niefortunnymi skrajnościami: albo są równie apatyczni, co główny bohater, albo przesadnie małpują niczym każdy dorosły, który w obecności dziecka zmienia się nagle w strojącego głupie miny klauna. Sytuacji nie ratuje też sam Florek, będący zaledwie maskotką, która od czasu do czasu przewróci oczami albo zatrąbi - raczej niewiele jak na bohatera tytułowego. Bez dwóch zdań najwięcej uroku ma więc w tym gronie tańcząca kózka imieniem Houdini.


Opowieść toczy się w dość leniwym tempie, co można uznać za powrót do zdrowej tradycji sprzed epoki ciągłego ADHD. Taka jest chyba intencja filmu, którego bohater odkrywa, że spokojne wiejskie życie też może być ciekawe i kolorowe. Reżyser Peder Hamdahl Næss opowiada w spokojny, przezroczysty sposób, tylko od czasu do czasu pozwalając sobie na przebłysk inwencji i bawiąc się jakąś konwencją. Pojedynek między hodowcami warzyw-gigantów jest więc rozegrany na modłę niemal westernową, mamy też slapstickową sekwencję igraszek psotnej kózki, jest nawet wpasowany w fabułę niby-wideoklip w stylu country z wykonywaną przez bohaterów piosenką. Wszystko wieńczy wyrażony wprost morał o tym, że nie liczą się nagrody, tylko przyjaźń, współpraca i prawda. Przesłanie oczywiście cenne, choć wolałbym, żeby podano je w bardziej spełnionej filmowej formie. Nawet jeśli dziecięcy widzowie nie zawsze wymagają wiele, to chyba zasługują na więcej niż kompetentne minimum.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (2głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
4/10
ujdzie